poprzednia strona okładka następna strona
- 22 -

Trylogia o tupecie - utwór trzeci

Tupet: Rewolucje (odcinek 1)


Tysiące much obsiadły gówno, które Felek postawił w ogródku. Było ono efektowne i śmierdzące. Rozlało się równomiernie, a muchy przylatywały doń z najdalszych nawet okolic.

Dzień miał się ku końcowi. Powoli zapadał zmrok. Latem odbywało się to jakoś tak wolno, Felek niecierpliwił się nieco. Zamknął nudną książkę zły, że znowu dał się nabrać. A może bardziej rozczarowany; swym rozczarowaniem zaś zawstydzony. O ile bowiem pierwsza część sagi miała trochę sensu (mało, bo mało, ale zawsze coś), bawiła, wzbudzała ciekawość i dawała nadzieję na świetny rozwój intrygi w kolejnym tomie, "Tupet słupka" bezlitośnie ograbiał ze złudzeń. Czytelnik szybko zdawał sobie sprawę z tego, że to nie jest żaden ciąg dalszy, żaden rozwój wydarzeń czy jakiekolwiek nawiązanie choćby na innej płaszczyźnie do genialnego - w kontekście popkultury - pomysłu z pierwszej części. Próżno więc Felek oczekiwał skomplikowania sytuacji, nadania rzeczywistości przedstawionej nowego sensu poprzez osadzenie jej w czymś ponad nią lub jakąś radykalną zmianę w sposobie ukazywania kolejnych wszechświatów - mógł przecież autor mniej lub bardziej dosłownie skupić się teraz na wnętrzu głównego bohatera, co mogłoby dać efekt różnoraki: powieść psychologiczną o schizofrenii lub science fiction o małych ludzikach dokonujących podróży w układzie krwionośnym organizmu. Mógł nawet połączyć oba pomysły i wyszedłby mu - przy jego talencie - prawdziwy bestseller. Tak myślał sobie Felek smutny z lekka, bo doprawdy nie spodziewał się po autorze tak komercyjnej i płytkiej jednocześnie zagrywki. Tym bardziej, że z góry było wiadomo, że książka sprzeda się świetnie, cokolwiek będzie w niej stało - bez schlebiania tanim gustom, wbrew tym wszystkim pomysłowym specom od marketingu, którzy pierwsze, co by poradzili, to "mały kompromis" między sztuką, a biznesem.
Zbyt wiele działo się rzeczy złych ostatnimi czasy, a za mało dobrych. Choć właściwie zawsze tak było, że ludzie narzekali właśnie w tym tonie. To nawet nic nowego, kiedy tu i teraz zauważymy, że System polegał na tym, że stworzono sztuczną rzeczywistość. Ale nie tylko po to, żeby ludzi zrobić w konia. Zrobiono to głównie po to, żeby uczynić ludzi niewolnikami totalnymi. Nie zdającymi sobie sprawy ze swego niewolnictwa i radośnie pracujących dla systemu.
Napił się Felek wody, wskoczył w garnitur, przeczesał i wyszedł z krawatem w kieszeni. Ledwo zdążył na autobus.

- Mam poważny problem, proszę państwa. Nie mogę się skupić - ciągnął Felek. - Ta konferencja została zwołana po to, żeby każdy mógł się wypowiedzieć, tymczasem nie każdy z nas jest w stanie. Bo ja najwyraźniej nie jestem. I kilku moich przedmówców też musiało nie być, bo - jak sam widziałem i słyszałem - zataczali się, bełkotali, mówili coś od rzeczy... Dziwna sprawa, proszę państwa, przecież zdawało się, żeśmy są ludzie kulturalni, a tu co? No na pierwszy rzut oka, to wręcz przeciwnie. Wyglądamy na bandę pijaków, a nawet, że tak bez ogródek powiem, narkomanów. A przecież jesteśmy członkami społeczeństwa i mamy prawo wypowiadać się na palące nas tematy. Tylko że co? Ktoś nam wrzucił trutkę jakąś do herbaty w bufecie, proszę państwa. Ludzie! Nie słuchajcie Radia Redemptorystów!!! Oni są gorsi niż Krzyżacy!!!
Strzał padł jak zwykle niespodziewanie. Był to strzał z nikąd. Jak w komiksie. Bach, bach, bum, bum. Łomot, huk, zamieszanie. Zgromadzona społeczność wpadła w popłoch. Kobiety z piskiem rzuciły się pod stoły lub do drzwi. Choć do drzwi było trudno się dostać, bo się zrobił tłok w przedpokoju, który następnie przerodził się w korek. Kobiety więc rzuciły się w drugą stronę. Mężczyźni tymczasem wyciągnęli z kieszeni swoje spluwy i zaczęli się ostrzeliwać. Strzelali w okna przeciwnego budynku, gdzie zapewne ukrywał się snajper. Czasem kogoś trafili. Nieszczęśnik wypadał z jękiem i z głuchym plaskiem uderzał o bruk. Przypadkowi przechodnie skuleni przemykali przez jezdnię zasłaniając się rękoma - miało to amortyzować upadek jakiegoś nieszczęśnika na głowę.
Tymczasem ludzie stłoczeni przy drzwiach w zaklinowaniu swym nie wiedząc co się dzieje na tyłach, ucięli sobie dyskusję umilając tym samym stracony w korku czas. Niektórzy ucięli drzemkę. Świadomi swych błędów pozwalali decydować mądrzejszym. A ci rozgadali się na temat ostatnich wypowiedzi na forum.
- Jak można poruszać tematy polityczno obyczajowe na tym forum i na dodatek tak bardzo na teraz?
- Jak "na teraz"? Można prosić kawę?
- No na teraz. W sensie, że są to tematy palące i tymczasowe. Kawa się podobno parzy...
- Hm...
- No... Że przemijalne. Powinniśmy mówić o sprawach ponadczasowych. Przecież to mają czytać przyszłe pokolenia! Luśka, co z tą kawą!?
- Chodzi panu, że...
- A od peonu IV to się chyba jakąś symfonia zaczyna... - wtrącił taki jeden, który się na chwilę przebudził. Nie miało to wiele do rzeczy, więc jego wypowiedź zignorowano.
- Kurka wodna, zgubiłem wątek.
- Mówił pan o przemijaniu.
- Ach tak. Chodzi mi o to, że nie powinno się tu na naszych zebraniach poruszać publicznie tematów aktualnych. To bez sensu. Przecież nie po to się spotykamy. Zresztą to jest poruszanie kwestii to światopoglądowych, to politycznych... A od tego mieliśmy się trzymać z daleka. Bo to faszyzm!
- Proszę państwa, co jest ważniejsze? Dziesięć Przykazań, czy może raczej Osiem Błogosławieństw?
- Luśka, do cholery!!!

A teraz pora na wierszyk:

byłem mały, jestem duży
dzisiaj siedzę se w kałuży
małe buty mam na nogach...

Hm... Zamyśliłem się... Na temat baby i jej stopy. Nieważne.


byłem mały, jestem duży
dzisiaj siedzę se w kałuży
tyłek moczę w płytkiej wodzie
całkiem fajnie w takim smrodzie
to jest Miedźwie? to jezioro???
pytam siebie, walę głową
to pytanie stąd się wzięło
że nic nie wiem - nic na pewno

Kiepsko z tymi rymami. Ostatni naciągany. Przedostatni też, choć ostatni bardziej. To może jeszcze raz:


byłem mały, jestem duży
dzisiaj siedzę se w kałuży
tyłek moczę w płytkiej wodzie
całkiem fajnie mi w tym smrodzie
to jest Miedźwie?! to jezioro?!
moczę wędkę, ryby biorą
to zacinam, to podbiorę
będzie obiad w samą porę

Pora obiadowa. Po zamieszaniu, jakie wyniknęło na skutek wstawki o Radiu Redemptorystów, rozeszliśmy się po mieście. Każdy podążył do jakiegoś baru. Z wyjątkiem Felka, który od tej pory został uznany za osobę zaginioną. Niektórzy wręcz twierdzili, że zastrzeloną, choć wydawało się to na zdrowy rozum mało prawdopodobne. Doświadczenie uczyło, że jak do tej pory Felka jeszcze nikt nigdy nie zastrzelił, dlaczego więc miałoby stać się to teraz? Doprawdy, nie wydawało się to prawdopodobne.
"To znak czasów" - mówił ktoś zajadając ruskie w barze Familijnym przy Trakcie Królewskim. Przesłodzone najzwyczajniej, ale ogólnie całkiem smaczne.
A rzeczy działy się dziwne. Zupełnie przesolone mięso jadł kolega obok i wcale nie narzekał, że za słone. Panowała atmosfera przyjaźni, pokoju, wzajemnej tolerancji. Gdy ktoś kichnął, wszyscy mówili mu "na zdrowie". Czasem w roztargnieniu ktoś o czymś zapomniał, ktoś coś przekręcił, w błąd kogoś wprowadził - wszystko sobie wzajemnie wybaczano. Nawet jakieś zaszłe krzywdy. Nieporozumienia puszczano w niepamięć, długi anulowano, częstowano się nawzajem posiłkami, wręczano sobie prezenty.
- Kurcze, tak się najadłem - beknął profesor Biodro - że teraz to bym coś zjadł dopiero.
- To bez sensu, co mówisz, profesorze.
- Nic nie jest bez sensu, chłopcze. Chodź zapalimy szluga. Cholera, chyba nam coś podsypali do jedzenia, mówię wam. Wszystko mi się kręci w głowie. Tak mi się kręci, że aż cała głowa mi się rusza. A obraz oczyma widziany mi wiruje.
- Co za bełkot, profesorze...
- We wszystkim jest niestety polityka. Niby wpatrzeni jesteśmy w te same cele, a jednak inaczej widzimy ich realizację. A najgorsze jest to, że związaliśmy się z różnymi partiami. Jedni z ZChN, LPR i AWS, drudzy z UW, w zależności od tego czy jesteśmy zachowawczo nastawieni, czy intelektualnie... A to nic dobrego nie wnosi. Wręcz przeciwnie. Zamiast nieść społeczności jakże dobrą nowinę, tracimy czas na wzajemne polemiki i tropienie cyklistów.
Ludzkość zaczęła zasypiać. Pierwszy runął Biodro. Twarzą w talerz. Rozpłaszczył sobie nos. Niektórzy zaczęli na ten widok nawet rechotać z lekka, ale zaraz sami już mieli spłaszczone fizjonomie.

Felek obudził się pierwszy. Zmył zaspanie z twarzy, założył kapcie, szlafrok z paskiem i coś tam jeszcze na głowę, bo zimno było, po czym zszedł do sklepiku przy portierni po mleko. Tam spotkał poetę - bliskiego kolegę z okresu wczesnego dzieciństwa, kiedy to człowiek nie myślał o problemach typu co wrzucić na patelnię i czy wystarczy do pierwszego, lecz zajmował się puszczaniem łódek z papieru lub kory, rysowaniem komiksów, czy też bieganiem z kijem po skarpie korzystając z nieobecności starszych nie tyle kolegów, co bandziorków, z których niejeden później trafił do poprawczaka lub innego mamra. W jednej chwili Felkowi stanęły przed rozdziawionymi ze zdziwienia oczami obrazy z tamtych czasów. Ujrzał dwóch świętej pamięci Gabrysiów, z którymi spędził trochę czasu w harcerstwie. Jednemu pożyczył swego czasu rogatywkę i obiecał pomyśleć nad pewną puszką po piwie. Bo Gabryś zbierał puszki. Kto ich wtedy nie zbierał. Były kolorowe. Zagraniczne. Żal było wyrzucać.
Wrócił do pokoju i zrobił sobie kawy z mlekiem. Koledze zresztą też. Korzystając z faktu, że obaj byli na żywo, postanowili pogadać godzinkę przed dzisiejszym odczytem profesora Piotra Bronisława Pawłowskiego, prawnika.
- Mam taki problem, Felku - żalił się kolega-poeta. - Najlepsze pomysły ulatują mi jak te głupie.
- Co za cholerny kolokwializm.
- Właśnie. Sam widzisz, wypaliłem się. Choć wiesz, ciągle się tam tli we mnie jakieś nikłe światełko. Tylko że trapi mnie paraliż, co mnie zawsze ogarnia wtedy, gdy chcę coś napisać. Takie doraźne sprawy, jak całkiem artystyczna notatka w stylu, że mam kupić chleb i piwo, to wychodzi mi zawsze cudnie i nigdy banalnie. I ludzie to czytają! Z jaką radością garną się do ksiąg gości czy książek skarg i wniosków, co to się do nich wpisałem! Ale widzisz, jak przychodzi co do czego, czyli jak mam napisać rzecz konkretną, a najlepiej poezję, bom przecież poeta, choć może być i zwykły artykuł szmatławy, to takie mną targają spazmy, że mówię ci, głowa mała... Jestem załamany... I nie widzę wyjścia z tej okropnej sytuacji. Ciągle czuję ten potencjał. Napięcie, które mnie rozrywa, gdy jestem daleko od kartki i pióra...
Felek w milczeniu sączył z kubka tę kawę z mlekiem. Słuchał, a jego myśl powoli odpływała. Ujrzał rząd esbeków oddzielający go od papieża, kiedy to odbywała się pielgrzymka do ojczyzny.
- Ty, słuchaj. Czy my byliśmy w ZHP czy ZHR? - spytał z nagła kolega-poeta o zapomnianym imieniu, co wyrwało Felka z zadumy, w której niebezpiecznie się wręcz zatopił. - Dobra kawa. Kurczę, dawno takiej nie piłem. Ciągle tylko jakieś Don Pedro. Ostre to, mocne i śmierdzące.
- A ja mam inny problem Rysiu. Czy jak ci tam na imię. Myli mi się niebieski z zielonym. Wiesz, nie chodzi o daltonizm. Mylą mi się po prostu nazwy. Podobnie mam z różowym i pomarańczowym. Nie to, że ich nie rozróżniam.
- Tak, tak, wiem o czym mówisz. Mnie się mylą strony. Prawa z lewą.
Rozległo się pukanie do drzwi. To pukała sąsiadka z pokoju obok, ale z tego samego zespołu pomieszczeń, które miały wspólną łazienkę, przedpokój, zlew i lodówkę.
- Panie sąsiedzie. Na lodówce stoi mleko. Dobrze by było, gdyby je pan pił, bo skiśnie, a ja sama nie wypiję, bo nie lubię.

Powieść Rysia

(...)
W związku z tym, że mam pozostałości po nerwicy natręctw, co zbiegło się z awarią sprzętu oraz moją niechęcią do robienia czegoś jeszcze innego, i ja postanowiłem się wypowiedzieć. Czasem myślę, że wypowiadam się zbyt rzadko, ale z drugiej strony nie wydaje mi się, żeby to prawdą było. Wszystko bowiem zależy, jak się na co spojrzy, a przecież, jeśli popatrzeć przez pryzmat dobra ludzkości, komu znowu tak zależeć miałoby na moich wielu wypowiedziach. Jeśli już ktoś na nie nawet czeka, to jednakowoż nie marzy przecież o tym, żeby zatonąć w moich komunałach. Mimo iż osobiście jestem zdania, że nic tak nie cieszy jak możność artykulacji, trochę jednak resztek samokrytyki gdzieś tam mi zostało. Jeśli nawet nie dotyczy ona mego stylu czy różnorakich błędów typu technicznego lub merytorycznego, z częstotliwością wydawania bełkotu nie zamierzam przesadzać. Tym bardziej, że ostatecznie podobno lepiej wywołać niedosyt niż przesyt.
Tak się oczywiście łatwo mówi, a ja przecież nie mogę być jednocześnie twórcą i tworzywem. Nie mogę znaleźć na tyle dystansu, żeby jednocześnie dążyć zadowolenia poprzez jak największą ilość gadulstwa i oceniać przy tym na bieżąco, czy proporcje zachowane są poprawnie, czy działalność ma mieści się w granicach rozsądku przynajmniej. Na szczęście mogę się pocieszyć. Otóż, tak to sobie tłumaczę, zawsze regulację tę, na którą obiektywnie nie zawsze mnie stać (nieskromnie śmiem twierdzić, że nie stać mnie właściwie nigdy), zawsze tak czy siak może wykonać za mnie odbiorca komunikatu. Właściwie nawet nie tyle za mnie, bo to po prostu jego dziedzina. Mam wrażenie, że pochlebiam sobie, a jemu odejmuję, pisząc takie rzeczy. Przecież to jego najświętsze prawo za głupoty mi podziękować, a nawet bez dania racji zrzucić mnie z tymi moimi bzdurnymi wywodami ze schodów czy też wrzucić do pieca w zależności co kto lubi.
Najwyraźniej należę do tej grupy ludzi, którzy najwięcej obiecują, a najmniej robią. Mówią tak, czynią inaczej. Twierdzą, że zrobią, a nie robią. Tak, obiecywałem sobie, i nie tylko sobie, że napiszę to, co piszę. Choć pewnie gdybym napisał, to wyglądałyby to nieco inaczej. A ja nie napisałem. Robię to dopiero teraz. Zdałem sobie bowiem sprawę z tej beznadziejności ciągłego obiecywania i zanikania gdzieś we mgle w celu ostatecznego machnięcia ręką na wszystko, no bo kto niby jeszcze na to czeka właściwie? Pewnie tylko ja sam.
Postanowiłem zrobić coś wbrew sobie. Zawalczyć. Choć to, że walczę jest raczej tylko dowodem na to, jaki jestem. Bo jest z czym walczyć. I to, że piszę, nie oznacza wcale tego, że pokonałem się w sobie. Tak, piszę... W tej chwili mam rzeczywiście przewagę. Ale przecież nawet nie wiem, co będzie za pięć minut. A co dopiero za tydzień, za dwa, za miesiąc...
To się nazywa lenistwo, jeśli się nie mylę.
Dlaczego o tym piszę? Po trosze dlatego, żeby od czegoś zacząć. W końcu wszystko ma swój początek. A skoro tak, to od czegoś rozpocząć trzeba. I nie jest to rozpoczynanie dla samego rozpoczynania. Nic nie rozpoczyna się przecież bez powodu. Chcę powiedzieć rzecz ważną: otóż nie tylko lenistwo. Lenistwo to tylko jeden z kilku grzechów głównych. A przecież oprócz nich, są jeszcze inne - te nie sklasyfikowane.
(...)

- Co to ma być? - spytał Felek kurczowo trzymając się tej myśli, że prawda podana bez miłości może zabić.
- Nowa moja powieść niby... - niepewnie mruknął poeta Rysio, czy jak mu tam.
- No słuchaj, to całkiem fajne. Całkiem przyjemne. Coś z tego może jeszcze być przecież. Co będzie dalej?
- A bo ja wiem. Utknąłem.
- Mnie to się podoba. Taki fajny kryminał... No to jak Rysiu?
- Ja to myślę, że moglibyśmy połączyć siły. Będzie niezła jazda, taka powieść zespołowa.
- Te twoje kolokwializmy...
- Napisałbym dalszy ciąg, ale już późno. A rano trzeba lecieć na konferencję, odczyt, wykład, obiad... Obłęd. Społeczeństwo czeka na książkę, a ja nie mam kiedy pisać.
- Proponujesz spółkę znaczy się?
- Otóż to.
- Czemu nie... Mało to artystów robiło coś wspólnie? Taki Małejczuk na przykład. Pisuje teksty z zespołem. Sam też, ale jak zespołowo pracuje, to daje to taki specyficzny efekt. Inny znaczy się. Niż jak pisze sam.
- Oczywiście.

- Cześć. Nazywam się Neo. Jestem neofaszystą.
- A niech cię! Na cóż mi tu jesteś potrzebny? I czemu tak o sobie brzydko mówisz?
- Tak mi kazali. Mam mówić o sobie neofaszysta, bo prawdziwych faszystów już nie ma niby, a ja za to gnębię roboty. One przynajmniej czują się przeze mnie gnębione, gdyż daję im popalić. I jak mnie złapały raz i zrobiły pranie mózgu, to teraz mi tak zostało, żem faszysta.
- Ja kto się stało, że cię nie zabiły? Wojny z robotami roboty nikt nie przeżył.
- E, to ty nie wiesz. Niektórym udało się uciec. Porwały nas. Niektórzy jednak wyskakiwali z pociągu. Kiedyś na imię miałem... Nie pamiętam. Coś z mapami było nie tak. Tam gdzie powinno być jezioro, był las. Tam, gdzie metro skręcało, było prosto... W niektórych miejscach kompasy wariowały. Wskazówki stawały dęba aż szkiełka pękały...
- Co ty nie powiesz.
Neo stary już był. Przedwcześnie stary, dlatego mówię "już". Skronie mu zsiwiały, czoło urosło, a twarz zmarszczyła się jak suszona śliwka. Skórę miał jasną i dość chudy był. Długim czarnym płaszczem zgarniał kurz z podłogi, a kontrastu i powagi dodawał mu biały szal wyjęty z trumny jakiegoś poety młodopolskiego.
- Ty, Neo. Ale masz durną minę.
- Muszę zachowywać powagę. Wkurzają mnie te twoje niefrasobliwe uwagi.
- Raczej wesołkowate. Ale nich ci będzie.
Neo uśmiechnął się głupio. Trwało to ułamek sekundy.
- Oj, przepraszam. Pomyliły mi się klawisze. Zmęczony jestem.
- Prześpij się. Zostaw tu sesję. Popilnujemy.
*** Neo (+NeOrOmaNcEr@rx183.jaskinia) Quit (Ping timeout)


Falarek też zasnął. Zbudził go telefon.
Session Start: Tue Sep 02 21:56:01 2003
Majar: Pobudka.
Falarek: A co się stało?
Majar: Nic, to tylko ja, Warszawka. Przepraszam, żart nie na miejscu.
Falarek: He, he.
Majar: Ale mam jedno pytanie.
Falarek: Ech, tam zaraz nie na miejscu.
Majar: Co wiesz o Neo?
Falarek: O Neo? Hm...
Majar: Mhm...
Falarek: Neo... Młody jakiś bardzo...
Majar: No dobrze, młody. Ale może ma starszego brata? A może ojca? Jak ma na imię (przede wszystkim)?
Falarek: Neo kiedyś napisał list otwarty do Smolarka. Że mu się polityka Smolarka nie podoba. Neo ma na imię... Hm...
Majar: Nie chcę sugerować, bo jest jedno które mam na myśli. Gdzie mogę ten list zobaczyć?
Falarek: Pierwsze co mi się kojarzy to Kamil, ale nie jestem pewien. Może Mietek?
Majar: Bo chcę się doktoryzować. Z modeli statystycznych języka.
Falarek: Mietek Neo. Czy jakoś tak.
Majar: 100% zgodności. Jak to mówił Terminator, "exact match".
Falarek: Hm... Mało pamiętam rozmowy z Neo... Ale wiesz, ten list był kiedyś gdzieś tu u nas. Nie wiem czy jeszcze jest. Zobaczę. Momencik.
Majar: Zobacz sobie w księdze gości wypowiedź Warszawki z 22 dnia sierpnia z 9:23.
Falarek: Mhm, zaraz.
Majar: Spokojnie. Nam się nie spieszy. Szczególnie (jeśli chodzi o księgę gości) zwróć uwagę na to jak Warszawka cię cytowała. To o durnym proteście.
Falarek: Tak. Przeczytałem...
Majar: Wprawdzie nie chcę, żeby wyszło, że ja tak jak ci ludzie co to z Moby Dicka wyczytali przepowiednie o śmierci Lady D.
Falarek: ...że Smolarka odwołano, to wszedłeś na kanał #Trojka i zacząłeś wypytywać czy to prawda, "bo chciałbyś już zakończyć ten durny protest." Mów dalej. A ja poszukam listu.
Majar: Wyszukiwałem frazy "durny protest". Znalazło jedno. W zdaniu o tym samym kontekście. Kierowanym do tej samej osoby. Tajne źródła donoszą, że do ciebie. _chan.log.20020718:[11:45] <Neo> Falarek: a ty mnie zapytywałeś czy to naprawdę prawda, że on odchodzi bo jak to wtedy ująłeś "chcę skończyć ten durny protest".
Falarek: To ci dopiero...
Majar: I jest to osoba udzielająca się dość aktywnie (poszukaj sobie w wyszukiwarce) we wszelkiego rodzaju gazetkach o tematyce muzycznej. Wpisz coś takiego: "Kamil Neo".
Falarek: Ciekawe, że on to "chcę skończyć ten durny protest" aż tak sobie wrył w pamięć, że i po roku zacytował tak dokładnie. Jeśli to oczywiście on.
Majar: Nigdy więcej nie padło to na kanale.
Falarek: Jestem ciekawy jakich właściwie ja słów użyłem...
Majar: _chan.log.20020718:[11:45] <Neo> nie pamiętasz???
_chan.log.20020718:[11:45] <Neo> ja mam to w archiwum...
Falarek: Hi, hi, no to znaczy, że użyłem dokładnie takich słów, skoro on ma to w archiwum...
Majar: Wiesz, wielu osobom wydawało się, że sieć daje anonimowość. Właściwie ja wydałem tylko kilka poleceń. Całą robotę detektywistyczna odwaliła moja prywatna asystentka.

Po odczytach, obiadach i tym podobnych nudach, Felek miał czas zwiedzać tutejsze zabytki, których nie było mało.


Wpisy do Księgi Gości w pobliskim muzeum zegarków:
właśnie wy coś takiego macie - towarzystwo wzajemnej adoracji - czyli protestÓjący tajniakowicze, sfrustrowani, którzy ledwo zipią i mają wiecznie niezadowolone kupry, którym nic się nie podoba, jak RM mają ideologie w którą nawet nie wierzą, a przede wszystkim są zadufani w sobie i nie przyjmują sensownej krytyki. Tak, tacy właśnie są protestÓjacy trujkowicze.
Warszawka


A tak naprawdę, to ty cały czas wojujesz niesensownymi argumentami. Zresztą sam o tym wiesz, bo pamiętam jak kiedyś, kiedy były plotki, że Smolarka odwołano to wszedłeś na kanał #Trojka i zacząłeś wypytywać irc-owiczów czy to prawda, "bo chciałbyś już zakończyć ten durny protest." Przy okazji mnie też zapytałeś.. tak się niefortunnie składa. To nie jest żadna bujda, wszyscy to pamiętają... wraz z tobą. Nie ma co twarzy zakrywać - ja wyrobiłem sobie po tym zdanie: prowadzisz protest, walczysz, wyzywasz cała redakcje III PR, gromadzisz jakichś frustratów itd. ale jednocześnie wiesz, ze to jest bez sensu, a głupio ci tak nagle zakończyć bo wyszedłbyś na idiotę(na którego - niestety - i tak wyszedłeś, z całym szacunkiem..) więc cały czas trzymasz się tej swojej ideologii w którą nawet SAM nie wierzysz!!!
Później pamiętny czas, kiedy wywołałeś burzę podczas jednego irca w czasie listy przebojów. Kiefer cię wtedy wyrzucił, zacząłeś pisać hasła i obrażać innych. Tak, ja to pamiętam. To był chyba czas kiedy popełniłeś najwięcej błędów. Tym się zdemaskowałeś - Szamanie Falarku...
Warszawka


Tak. Odkryłeś mnie. A wręcz zdemaskowałeś. Falarek to ja. Jestem skończony. Aha, co do jakichkolwiek zdarzeń na #trojce - jeśli masz jakieś choćby najmniejsze wątpliwości, chętnie je tam z Tobą wyjaśnię. Co do konkretnych zdarzeń z pamiętnego piątkowego irca, kiedy to wspomniany przez Ciebie Kiefer zarzucił mi kłam, kiedy wspomniałem, ze Teresa Drozda już nie pracuje w Trojce, posługujesz się co najmniej manipulacja.
A skoro już jesteś przy ircu i tak bardzo powołujesz się na moje słowa - kimkolwiek jesteś - pamiętam, ze najpoważniejszym dowodem na to, co poniżej napisałeś, były moje własne słowa: "jestem chamski i wredny". Byłem wiec od tego czasu bardzo szeroko cytowany przez wąskie grono wielbicieli trójkowych "reform", którzy nie tylko bali się na ircu powiedzieć, ze reformy są złe, ale i na ircu zabraniali mówić o tym innym. Szczególnie zabraniali mówić o tym wtedy (pod groźbą banów, kopów itp.), gdy odbywały się tam według nich oficjalne imprezy radiowe. Tak jakby bali się, ze stracą dobre układy z radiem. A jak wiadomo ircowy kanał #trojka nigdy nie był żadną własnością Programu Trzeciego - ani tego starego, ani tego nowego. Kanał #trojka był zawsze wspólnym dobrem zwykłych internautów, którzy tam bywali i bywają. Pamiętasz topic, który można było na #trojce przeczytać? "To nie jest kanał radiowej Trójki".
Jeśli tak bardzo przy tym lubisz się powoływać na moje słowa, przypomnij sobie inne rzeczy, które tam mówiłem. Przypomnij sobie co mówiłem w złości, co dla żartu, co w przypływie dobrego humoru, a co kiedy indziej jeszcze. Nie wiem czy będziesz potrafił odróżniać konkretne moje wypowiedzi i ich wagę od siebie, ale pogłówkuj trochę zanim mnie kolejny raz zacytujesz. Do sprawy z Kieferem nie chce tu wracać, bo nie chce używać w takich żenujących pyskówkach nicków osób trzecich. Tym bardziej jeśli stawiasz tę osobę po przeciwnej stronie i prowokujesz mnie do jakiegoś ataku. Poza tym pamiętaj - zawsze mówiąc cokolwiek publicznie na ircu mam świadomość, że czytają to także tacy ludzie jak Ty. A takim uwielbiam zadawać zagadki. Dlatego pozwól, ze dam sobie spokój z dyskusjami z Tobą i pozostawię Cię w twej niepewności dotyczącej trafności Twoich generalizujących argumentów nie popartych konkretami (każdy może powiedzieć: wszyscy pamiętamy, jak wszedłeś na irca i korzystając z okazji przejąłeś z pomocą kolegów z Łotwy kanał). Tym bardziej, ze jak sam przyznajesz, jesteś bywalcem #trojki. W tej sytuacji rozmowa z Tobą tutaj, w takim tonie i z takich pozycji, jest dla mnie po prostu śmieszna.
Jeśli chcesz dyskusje kontynuować, napisz jakąś oficjalna wypowiedz i wyślij ją na adres Tajniaka. Niech to ma formę jakąś konkretną, a swoją tezę poprzyj dowodami, a nie swoimi prywatnymi domniemaniami. Ok? Mam jeszcze tylko jedno pytanie - nie dotyczące sprawy. Nazwałeś się Warszawką z sympatii dla tego miasta, czy wręcz przeciwnie?
Szaman


list otwarty słuchacza Trójki do prezesa Polskiego Radia:
Szanowny Panie Prezesie, jestem zmuszony pisać do Pana, ponieważ sytuacja w Programie III nie jest wcale ciekawa. Zmiany, które zostały wprowadzone przez Pana są całkowicie absurdalne i dziwne. Jestem bardzo zbulwersowany poczynaniami związanymi z programem emisyjnym w Programie III. (...)
Słuchacz Kamil



<-kawa> tetris jest jak droga przez życie
<-kawa> pełne błędów
<-kawa> upadków
<-kawa> cudownych uzdrowień
<-kawa> a na końcu
<-kawa> i tak się umiera
<-kawa> każdy błąd wznosi człowieka ku niebu


Niektórzy pytają mnie czemu nie słucham już Trujki. Jakiś czas nie wiedziałem właściwie co odpowiedzieć oprócz tego, co oczywiste ze względów politycznych. Afera za aferą w tym kraju. Media zeżarte przez komercję. W telewizji nie pokażą korespondencji wojennej, jeśli na spadających bombach nie będzie widniało logo głównego sponsora. Radio liczy słupki i reklamodawcom sprzedaje słuchaczy. Gazety pokazują bzdurne obrazki z martwymi kobietami i ich odrąbanymi głowami.
Postanowiłem wypowiedzieć się w sprawie głodu. Otóż jem ostatnio mniej, a czasami nie jem wcale. To po części dlatego, że oszczędzam na mieszkanie i własne interesa, choć głównie z powodu biedy, która zagościła w moje progi. "Gość w dom, Bóg w dom" - mawia staropolskie powiedzenie, które każe nam sądzić, żeśmy narodem gościnnym są. Tak więc goszczę tę biedę wychudzoną i przy okazji odchudzam się sam. Nie jest to prosta sprawa. Mało jem, więc kiszki marsza grają, a żołądek piszczy z bólu. Tłuszczu tymczasem nie ubywa.
Wpędziłem się w tę biedę, bo z pewnych źródeł wiem, że lepiej być artystą głodnym niż sytym. Ten syty nie ma nic do powiedzenia i w ogóle... A głodny to gada i gada i wszyscy go słuchają stale, bo takie mądre rzeczy mówi. A nawet jeśli nie słuchają, to po latach ktoś go odkryje w grobie, zrehabilituje, a i nawet serce przywiezie do ojczyzny. Może nawet wręczy order rękoma prezydenta? Kto wie, nie takie rzeczy się przecież działy.
Tak w ogóle, to lepiej się teraz czuję niż jak wtedy, gdy byłem stale przejedzony i jeszcze zerkałem za batonikami, czekoladkami, pączkami, cukierkami. Lepiej i weselej. Przypomina mi to czasy studenckie, kiedy to liczyło się każdą złotówkę i wychodziło na to, że dziś jestem w stanie kupić albo ser do chleba, albo nową kasetę De Pressu, bo o płycie to nie ma co myśleć. Jeżeli oczywiście kolega Adaś będzie miał coś na koncie i pożyczy na kilka dni, czyli do końca miesiąca.
De Press wydaje w Polsce płyty jakoś tak co dwa lata. Zwykle w te parzyste. Najbardziej podoba mi się chyba ta z 1996 roku, choć dobrze wiem, że to ta wcześniejsza zrobiła na Polakach największe wrażenie. A jednak czy nie za najważniejsze w dyskografii zespołu powinno się uznać wydawnictwo z początku lat osiemdziesiątych "Bloc To Bloc"? Podobno dziennikarze norwescy w swoim plebiscycie zdecydowali, że to właśnie ta płyta jest najważniejszą rockową płytą wszechczasów jeśli chodzi o norweskie produkty. I to z tej właśnie płyty pochodzi chyba największy przebój De Pressu "Bo jo cie kochom". Choć przecież w sztuce - nawet w tej ocierającej się o popularnie rozumianą rozrywkowość - nie chodzi o przeboje. A o co chodzi? - ktoś zapyta. To niezwykle banalne, więc jak to o co chodzi? Oczywiście chodzi o piękno. A najbardziej mnie śmieszy, jak się stawia w jednym rzędzie twórczość tej grupy z aktualnie panującymi trendami ludowej komercji.
Piszę o tym, bo jestem głodny. I tak sobie myślę, że, abstrahując oczywiście od przypadków ekstremalnych, głód jest jednak pięknym stanem. Tak jak każde inne ubóstwo. Szczególnie duchowe. Błogosławieni ubodzy duchem.
(...)


Nie wiem czy byłem odważny
Gdy szedłem tak przez miasto
Właściwie nie wiem co robić
Jest przyjemnie
Choć nerwowo
Jest dziwnie

Pierwsze wybuchy dało się słyszeć ósmego dnia konferencji. Felek wyszedł właśnie z kaplicy pełnej ozdobnych fresków (świetna była sala akustyczna, gdzie szept było słychać w drugim końcu pomieszczenia, bo dźwięk bezbłędnie przechodził po suficie, a freski wyginały się w zależności od kąta patrzenia), gdy miastem lekko wstrząsnęło. Tak trzęsie się czasem ziemia, gdy przejeżdża w pobliżu ciężki pojazd - Felkowi przypomniał się stan wojenny i czołgi na ulicach. Swąd dymu dotarł wreszcie do jego nozdrzy.
- Coś się musiało stać... - mruknął, jak to on, pod nosem i wstąpił do kiosku po Gazetę i maryśkę. Po chwili usiadł na pobliskim murku z rozkoszą wypuszczając dymek nosem. Tak właśnie lubił. Obok pan sprzedawał jabłka. Widać było, że ze wsi przyjechał. A przynajmniej tak miało to wyglądać. Jabłka też wyglądały jak prawdziwe.
- Słyszał pan? - zagadnął Felek. - Piszą tu, że jakiś zryw powstał w mieście... Cyberanarchiści napadli na ratusz, obezwładnili premiera... Ciekawe, ciekawe...
- Nudy, panie. Zajmij się pan swoim szlugiem. Albo kup pan celestę.
- Chłopie, rewolucja wybuchła, a ty mi tu z celestą...
- Jam nie chłop, jam szlachcic, jeno zubożały.
- Walnij ty się w łeb idioto - Felek zdenerwował się, wstał i poszedł.
Wokół biegali neolodzy z neonami pospiesznie ściąganymi z zadaszeń cybersklepików. Syki laserów słyszano już podobno dwie przecznice stąd, a swąd palonej skóry był wszechobecny i drażnił nozdrza. Pod pizzerią fałszywy prorok wykrzykiwał machając Biblią:
- Nastały czasy Neo Age! Królestwo Niebieskie na ziemi! Zabić palantów! Precz z marihuaną!
Nikt już nie tylko pana nie słuchał, ale nawet tłumek gapiów gdzieś znikł.
- Do kroć set! A niech was piorun trzaśnie! - i umilkł pod naciskiem odłamka. To wybuchł pobliski fast food, a hamburgery poszybowały w powietrze rozpryskując się po całej okolicy. Podobno kilka kurczaków aż na Centralnym wylądowało.
Felek nie zauważył kiedy znalazł się w kanale. Widocznie ktoś nie zdążył zakryć dziury w chodniku tym takim metalowym kółkiem i gryzie już ziemię.
Nie było tu szczurów i nie śmierdziało. W ogóle było tu całkiem ładnie, lecz dawno musiało nie być sprzątane - kurz pokrywał wszelkie możliwe powierzchnie. A teraz, z racji wstrząsów, uniósł się i zawirował.
- Szary wiruje pył. Tylko on mnie nie opuszcza... - rzucił Felek i ruszył przed siebie wyżłobionym korytarzem. Szedł kilka minut. Raz skręcił w prawo, raz w lewo. Potem schodkami w dół, później w górę, przekręcić tarczę, pchnąć drzwiczki, przeskoczyć zapadnię, skręcić w lewo...
Daleko w ciemności ujrzał światełko. Przyspieszył kroku. Biegiem dopadł drzwi, pociągnął klamkę. Przed nim ukazała się jasna, choć to środek nocy, komnata. Pełna złota, diamentów i różnych takich. Aż nieprzyjemnie mu się zrobiło, a blask tak go oślepił w pierwszej chwili, że niestety nie umknął ciężkim dłoniom ochroniarza. Ten złapał Felka za twarz i rzucił o przeciwległą ścianę. Kurz zakręcił mu w nosie. Jednemu i drugiemu. Chwilę wahania przeciwnika Felek wykorzystał bezbłędnie.
- Na zdrowie - rzucił i specyficznie ruszył dłonią. Tym razem błysk jaśniejszy od tysiąca słońc padł na oczy grubemu strażnikowi. A że był to promień ściśle skupiony, światło nie rozpraszało się i nikt go nie zobaczył. Nikt oprócz nieszczęsnego grubasa, leżącego teraz na wznak.

- Kochanie, jestem w pracy. Bardzo się boję. Zaraz tu będą spadały bomby. Nie wiem co robić. Nigdy się tak nie bałem! Muszę kończyć. Kocham cię...
F. właściwie był przekonany, że zginie. Nie było przecież dokąd uciekać, gdzie się schować. Współpracownicy zachowywali pozory spokoju. A jemu w jednej chwili stanęło przed oczami całe życie.



Leon i Fryderyk Kowalski-Nowak
4 sierpnia 2003 - 21 kwietnia 2004

ciąg dalszy na następnej stronie



poprzednia strona okładka następna strona