Strona naszego Pisma
sierpień 2000
pismo alternatywne przy TAJNIAK.POLINOVA.PL
str 6

RECENZJE
poprzednia strona spis treści nastepna strona

"Potok słów" Apolinarego White'a


"Potok słów" Apolinarego white'a - powieść to niezwykła. Książka sama w sobie wydana niesamowicie, a biorąc pod uwagę poziom wydawniczy tego typu pozycji w tej części Europy, trzeba przyznać, iż jest to WYDARZENIE. Ale choć zewnętrza powłoka jest tu ważną częścią składową całości, tym bardziej, iż ilustracje w niej wykorzystane pochodzą z prywatnego zbioru grafiki samego autora, najważniejsza okazuje się treść, co niezwykłe jest u White'a. Przecież przyzwyczaił nas do swego niedbalstwa merytorycznego usprawiedliwianego tzw. otoczką ideologiczną wyłaniającą się z formy dzieła i to jak najbardziej nie powiązaną, przynajmniej pozornie, z tym, co miałaby wnosić treść, gdyby rzeczywiście istniała. Okazywało się bowiem zwykle po wnikliwszym przestudiowaniu każdej z następujących po sobie pozycji, że tak naprawdę wyrazy składające sie na zdania tworzące dłuższe akapity, ustępy, rozdziały, części, a nawet tomy, stanowiły tylko swego rodzaju imitację. Były jak najbardziej substytutem tego, czego oczekiwał żądny wrażeń czytelnik przyciągany do twórczości White'a nieprzemyślanymi recenzjami pisanymi przez nazbyt spieszących się znawców, którzy potem cofali ze wstydem bądź dumą swe słowa tłumacząc się pokrętną naturą pisarza i jego paskudnymi prowokacjami wycelowanymi tak w publiczność, jak i samych krytyków, których rzekomo nie znosi. Można oczywiście długo dyskutować nad słusznością wysuwanych przy tej okazji tez, można podważać argumenty, którymi posługiwali się zarumienieni z uniesienia naukowcy zasłaniający się przy tym swymi dyplomami, ale nie czas i miesce na to, tym bardziej, że i tak już zbyt wiele powiedziano, a wszystko, co wypowiedziane, jako niepełne i wynikłe z niedoinformowania, spowodowało rosnącą lawinowo falę paskudnych niedomówień, które następnie złożyły się na powstanie legendy.
Tymczasem czytając "Potok słów" dochodzimy do wniosku, że oto White postanowił ją podważyć. Wyczuwalny jest wyraźnie bunt przeciwko takiemu obrotowi sprawy, gdzie legenda zaczyna przerastać artystę, którego ona dotyczy. Już w pierszym rozdziale (tym razem White nie napisał prologu, co jest podejrzanym precedensem, w którym branża już doszukuje się sabotażu; pojawiła się też na czarnym rynku sfałszowana jego wersja, którą na szczęście szybko zdemaskowano) padają słowa wypowiedziane nie, jak dotychczas, przez głównego bohatera, lecz już przez samego narratora: "zamierzam podnieść tę rękawicę, nie będę jak ten baranek". I tu właśnie kryje się podstęp. Formuła ta bowiem nie ma nic wspólnego z tym, co dzieje się zaraz potem, kiedy zwalone drzewo przygniata głównego bohatera, jego dzieci, ojca, i dwóch kolegów. Czyż to nie jest niedorzeczne? Okazuje się, że nie. Bo już w następnym rozdziale ginie w lesie jedyny spadkobierca denata i bezbronny czytelnik traci już całkiem resztki rozeznania w tej całej gmatwaninie wątków i powiązań rodzinnych.
I czemuż ma służyć takie nawarstwienie zdarzeń, nieszczęśliwych wypadków, dziwnych zbiegów okoliczności? - zapytać może tak ignorant, jak i laik. Ano temu, by wreszcie pokazać na co stać White'a tak na prawdę. Drżyjcie, siejący ferment i zamieszanie niedzielni recenzenci - zdaje się wołać Apolinary. Ale czy nie jest to głos wołającego na pustyni? Czy ci, do których skierowane są te słowa, zrozumieją, że to rzeczywiście do nich? Może nadal będą tłumaczyć rozpuszczonej w populiźmie gawiedzi co tym razem pisarz chciał im powiedzieć i do jakich przemyśleń skłonić? A gawiedź oczywiście uwierzy bezkrytycznie albo tylko przyjmie do wiadomości bez zbędnego zagłębiania się w temat dającego jakąś przynajmniej szansę zaistnieniu wierze, albo nawet nie zwróci uwagi - po prostu przełknie, przetrawi i zwróci.
Czy jest aż tak źle? "A jednak jesteś, ty, która rozumiesz i wiesz" - zwraca się w ostatnim rozdziale żebraczyna będący stale obecny przy rozgrywającej się na jego oczach serii tragikomicznych wydarzeń do swej przyjaciółki, która odnajduje się wreszcie w zastanej rzeczywistości. I tym optymistycznym akcentem pozwolę sobie zakończyć, ponieważ nic nie zastąpi tak celnie użytego cytatu - w odpowiednim miejscu i należytej chwili.

prof. Ziemowit Ukleja


poprzednia strona spis treści nastepna strona