poprzednia strona spis treści następna strona
- -

Felerna przypowieść

Tekst zastępczy o zawężaniu pojęć poprzez ich wyrywanie z kontekstu

Postawił mnie szanowny redaktor naczelny w niezręcznej sytuacji. Dostarczył bowiem tylko połowę tekstu, a ja przecież nie będę kończył go(tekstu) za niego (naczelnego), bo ani nie wiem, jaki miał być tok rozumowania, czy nie miał nastąpić jakiś zaskakujcy zwrot w rozważaniach... Nie wiem po prostu do czego autor zmierzał. Trudno powiedzieć też czy miał w zanadrzu jakąś puntę, czy wręcz przeciwnie. Chyba więc lepiej zrobię, jak napiszę jakiś tekst zastępczy. Choć nie chce mi się za bardzo. Lepiej byłoby mi chyba pograć w tetrisa, czy coś w tym stylu, albo od razu zając się tym co trzeba, a rozrywkę zostawić na deser. A tu co? Trzeba pisać zastępcze teksty, bo naczelny znowu coś napisał tylko do połowy i nie wiadomo co z tym zrobić. Cóż, obowiązek obowiązkiem jest...
Pisanie tekstu zastepczego skłania mnie do przemyśleń, choć wynikają one bardziej z różnych skojarzeń niż bezpośrednio z samego obowiązku napisania czegoś, czy jak by to ktoś nazwał, wygenerowania jakiejś zapchajdziury. Nie wiem czy chcę o nich pisać. Może i tak... Czemu by nie. W końcu o czymś trzebaby tu napisać. Tylko że nie chce mi się układać zdań bardziej logicznych niż te, które sobie układam teraz. Ale wracając do tematu... Z zapchajdziurami jest tak, że jak to spiewała Katarzyna Nosowska, obowiązek jest obowiązkiem. Tekst musi być. Na przykład w piosence musi być tekst, bo jak wiadomo, piosenka składa się nie tylko z muzyki, ale i z tekstu. Inaczej byłby to tylko utwór muzyczny. Utwry muzyczne są różne. Operowe, operetkowe, jakieś inne klasyczne... Skomponowane na orkiestrę symfoniczną lub kameralną, potem ewentualnie przerobione... Wiele też zależy od aranżacji oczywiście. Bo utwór składa się z muzyki i aranżacji. Idąc tym tokiem rozumowania, można stwierdzić zaraz, że utwór składa się także z wykonania. Bo co komu po muzyce i aranżcji, chociażby nie wiem jak wyszukanych, jeżeli wykonanie jest do kitu? Oczywiście w historii muzyki, zwłaszcza już tej nie klasycznej, szczególnie rozrywkowej, a może nie tyle rozrywkowej co rockowej lub zaangażowanej (jak zwał, tak zwał, co za różnica - muzyka to muzyka), znane są przypadki piosenek genialnych pod względem różnych rzeczy z wyjątkiem wykonnia ocywiście. Wielu się pewnie nie zgodzi ze mną kiedy powiem, że płyta, dajmy na to takiego zespołu Deadlock pt. "Ambicja" pod względem wykonawczym nie jest taka znowu może najlepsza. Podobnie z nagraniami zespołu Kryzys, co to grał Deadlocka, tylko że po polsku, a nawet płytę Deadlocka nagrywał za Deadlocka, bo Deadlock był jakiś nieobecny w tym czasie. A teraz co? Coraz to kolejni wykonawcy nagrywają te - nie bójmy się tego słowa - genialne piosenki, a ukazać się ma nawet płyta "Tribute To Kryzys". Z pewnością znajdą się tacy, którym wykonanie Deadlocka czy Kryzysu do gustu nie przypadło, a oszaleją na punkcie nowych wersji piosenek. Tak zresztą często się zdarza, że jakiś utwór, ewentualnie właśnie piosenka, podoba nam się w tej lub innej wersji bardziej albo i mniej. Bywa i tak, że niektóre wersje nie podobają nam się kategorycznie! Zresztą co tu szukać jednej piosenki u różnych wykonawców... Przecież nawet taki przebój Kultu pt. "Do Ani" może się nam podobać lub nie, albo mniej lub bardziej, w zależności od tego czy słuchamy go z płyty "Posłuchaj to do ciebie", czy z tej kolejnej, a mianowicie "Spokojnie".
Ale zacząłem o utworach, czyli muzyce jako takiej, a skończyłem na piosenkach, czyli muzyce z tekstem. O przepraszam, zapomniałem, o aranżacji i wykonaniu. A wiedzą Państwo, że wiele zależy też od realizacji dźwięku, sprzętu, a nawet taśmy, na którą nagrywane jest dzieło? Tak, nie bez powodu o tym piszę. Bo oprócz tego, że chcę zapełnić jakoś dziurę powstałą po wywaleniu tekstu naczelnego, który się nie popisał, chcę też taką tezę postawić, że tak po prawdzie to liczy się efekt końcowy, czyli produkt. Czyli całość. Tak jak w teatrze liczy się sztuka, na którą patrzymy i jej słuchamy również, ale także to, żeby nas za przeproszeniem plecy nie bolały w ciasnych fotelikach, albo, żeby w ogóle cokolwiek było widać, tak też na przykładowym koncercie liczy się całość doznań słuchowo-wzrokowo-klimatycznych. W zależności od potrzeb oczywiście. Tak też, kiedy otrzymujemy płytę, liczy się dla nas całość - od okładki, poprzez muzykę, teksty, wykonanie, aranżację. Dla wielu nawet liczy się szerszy kontekst takiej płyty, czyli wypowiedzi poza sceniczne artysty w wywiadach, albo właśnie sceniczne. Czasem w zestawieniu z nimi, można jaśniej sobie ułożyć, celniej odebrać to, co artysta nam przekazuje, nie tylko za pomocą muzyki, ale i całej reszty. No chyba, że płyta składa się z samej muzyki, a całej reszty tam nie ma.
Tu właściwie wychodzi na to, że w pewnym sensie przedstawiłem dowód na istnienie dużej wagi wszystkich elementów całości jaką jest piosenka, czy też po prostu utwór. Oczywiście dla kogo jest to dowód, dla tego jest. Jeśli ktoś chce mieć inne zdanie, niech sobie je ma, nie zamierzam nikogo namawiać, żeby myślał jak ja. Chciałbym tylko powiedzieć, że w piosence jako całości ważne jest zarówno granie, jak i śpiewanie. Na tej samej zasadzie co w formie czysto muzycznej (czyli bez wokalu dla odróżnienia od piosenki) ważna jest tak kompozycja, jak i różne inne smaczki, o których pisałem wyżej, czyli aranżacja, wykonanie i tak dalej.
Dla przykładu weźmy taki dub na przykład. Jest to utwór muzyczny, w którym na pierwszy plan wysunięty jest rytm - głęboki bas i perkusja. Wokal występuje tu w formie szczątkowej. nie musi nieśćżadnej treści, choć może. Samo użycie jakichś symbolicznych wyrazów, jest już wpisaniem w muzykę treści. Tym bardziej że często słuchając dubu mamy do czynienia z remiksem jakiejś piosenki pełnej treści. Zresztą nawet jeśli taki dub jest sam w sobie rzeczą oryginalną, a użyte w nim urywające się zdania nie są częścią jakiegoś większego tekstu, zawsze inaczej się słucha się słów ładnych, a inaczej steku przekleństw. Nawet jeśli nie układają się w konkretne zdania. W pewnym sensie odnoszę się tu do tekstu Airborna (strona 7 - recenzja płyty "Trudnio nie wierzyć w nic"), który stwierdza, że nie zawsze słowa w muzyce są ważne. Uważam, że nie zawsze są równie ważne jak muzyka czy inne składowe części całości, czasem są prawie całkiem nieważne. Jednakże nigdy nie jest tak, że słowa są zupełnie nieważne. Nawet wtedy, gdy artysta wypowiedź słowną doprowadza do absurdu i ogranicza ją do śpiewania głupiego wierszyka lub neutralnego "Aj łoz łokin on de strit". Nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawę, jednak kiedy udeża nas coś żenującego, na przykład wstawka "załóż tą sukienkę", gdzie rzeczą oczywistą jest, że zamiast "tą" powinno być "tę" (rzecz sie ma na najnowszej płycie ANKH), potrafią ręce opaść. Jednak podkreślam - chodzi o całość, a nie tylko o teksty. W pewnych okolicznościach przecież równie ważnym jest to, co się przedstawia na koszulce pana basisty albo czy wokalista rozdaje publiczności kopy w tyłki lub czy po piętnastu ładnie brzmiących płytach zespół nagrał album chropowaty. Ważne jest w wielu przypadkach co taki artysta robi prywatnie, co myśli o rzeczywistości, czy identyfikuje się z tym, o czym śpiewa. Często ważne jest nawet to, jaką naklejkę ma na gitarze muzyk naklejoną. Jednym zdaniem: ważne jest wszystko. Coś tylko czasem mniej, a coś więcej. Bo, czy tego chcemy, czy nie, każda sztuka, muzyka także, jest wielokontekstowa. A na świecie nie istnieje nic, co by było z kontekstu wyrwane.

Szaman F.



poprzednia strona spis treści następna strona