Strona naszego Pisma
  str.

dramat
poprzednia strona spis treści następna strona

O Tobie, Kropko

AKT TRZECI


Scena I

(rzecz dzieje się na Górze Księżniczki Zuzanny; na ścianie wisi obraz Matki Bożej Ostrobramskiej, ale należy wyobrazić sobie, że go nie ma; jest chyba 2 listopada)

Felicjan:

Piękny widok. Nie wiem co powiedzieć. To dlatego, że mam tak wiele do powiedzenia, iż nie wiem od czego zacząć... Jestem na wzgórzu. I co ja tu właściwie robię? To nie jest ważne ze względu na potencjalny fakt zagrożenia życia potencjalnego studenta, który przypadkiem mógłby tego nie wiedzieć. To, co ja tu robię, jest ważne tylko dla mnie. I żadnemu dyplomowanemu znawcy nic do tego.


Scena II

(wchodzi Poeta)

Felicjan:

Pan jest poetą?

Poeta:

A to mnie pan zaskoczył! Skąd pan wie?

Felicjan:

Takie rzeczy się wie po prostu.

Poeta:

Zastanawiające. Panie, czyżbym trafił do nieba?

Felicjan:


Czy ja wiem? Tu jest wzgórze Zuzanny.

Poeta:

Och, to wiem. Chodzi mi o to czy pan jest szczęśliwy. Kim pan w ogóle jest?

Felicjan:

W ogóle to ja jestem Felicjan Nataniel Stanisław Właściwy.

Poeta:

Dlaczego "Właściwy"?

Felicjan:

To nazwisko po ojcu. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że jestem wielkim głupcem i nic nie wartym człowiekiem...

Poeta:

Och, niech pan tak nie mówi!

Felicjan:

Powiem czy nie - nie zmieni to mojej sytuacji.

Poeta:

Dlaczego tak nisko się pan ceni?

Felicjan:

Człowiek wart jest tyle, ile warte jest jego słowo. A jeśli chodzi o moje słowo, to sprawa wygląda naprawdę kiepsko.

Poeta:

Nic nie pojmuję.

Felicjan:

Przecież staram się mówić jasno.

Poeta:

Och, tak! Oczywiście, to rozumiem! Wiem o co panu chodzi. Nie pojmuję czegoś innego, czyli tego co wynika z pana rozumowania. Poza tym miałem trafić do nieba. Co to za wycieczka!? Po powrocie złożę zażalenie.

Felicjan:

Dureń.

Poeta:

Ja na przykład jestem małym poetą i zdaję sobie sprawę z tego sprawę. A jednak nie załamuję się z tego powodu. Piszę dla własnej przyjemności.

Felicjan:

Ile warte są pana wiersze?

Poeta:

Są nic nie warte.

Felicjan:

Pod względem formy może i pan ma rację, nie będę się spierał. Nie znam pana wierszy. Niech się pan przyjrzy może treści... Treść moich słów jest nędzna w przeciwieństwie do formy. Jak pan sam widzi, jestem pana przeciwieństwem. Dlaczego nie popracuje pan nad symetrią? I dlaczego pan się tak spieszy? Utwór trzeba dokładnie i spokojnie przemyśleć.

Poeta:

Zamknij się!

Felicjan:

I na tym chyba polega absolut panie poeto. Niestety muszę mówić, żeby się słyszeć. Nienawidzę swojego głosu. Gadam takie głupoty, że masakra! No, niech pan coś powie, poeto! Niech się pan nie krępuje. Co pan sądzi o przyszłości? Myśli pan, że będzie lepiej? Co sądzi pan o instytucji jaką jest państwo? Dlaczego pan milczy? Zamknij się Feluś, nie gadaj tyle, pan poeta nie może się wypowiedzieć. Nie mogę cię dłużej słuchać. Ale masz parszywy odcień. Dołujesz mnie kretynie.


Scena III

(wchodzi Mały)

Mały:

Niech pan tyle nie gada. Proszę się uspokoić.

Felicjan:

Sam nie wiem co się ze mną dzieje. Skąd ja cię znam?

Mały:

Mnie? Jestem nim.

(tu wskazuje na Poetę)

Felicjan:

Nie czas na żarty.

Mały:

A na co? Ja zresztą wcale nie żartuję. Dlaczego pan nie wierzy, że ja i on to jeden człowiek?

Felicjan:

Przestań mi głowę zawracać!

Mały:

Już dobrze. I tak nie zamierzam panu nic udowadniać.

Felicjan:

Nie to nie.

Mały:

Też racja.

(zapada dłuższa chwila ciszy)

Felicjan:

Nie ma do kogo gęby otworzyć. Nie ma co narzekać, mogło być gorzej. A, że sam doskonały nie jestem, nie mam też co się dziwić, że jest tak nędznie. Smutno mi.

(zapada smutna chwila ciszy)

Właściwie czego ja mogę wymagać? Przecież nic mi się nie należy. Czy zrobiłem kiedykolwiek coś dobrego?

Mały:

Nie raz...

Felicjan:

Ty ciągle tutaj?

Mały:

Nie widać?

Felicjan:

Czego chcesz?

Mały:

Miałem zwiedzić niebo.

Poeta:

Ale widzę, że źle trafiłem.

Mały:

Czekam na telefon.

Poeta:

Dziś jednak też nic z tego.

Felicjan:

Może jutro?

Poeta:

Tak... Bardzo tego chcę. Marzę o tym. Dlaczego wszystko o czym marzę, jest takie nieosiągalne? Cokolwiek innego zwykle przychodzi z taką łatwością...

Felicjan:

Myślisz, że to reguła? Wątpię!

Mały:

No, może ma pan rację.

(zapada racjonalna chwila ciszy)

Nie dziwi pana, że ja i ten drugi to dokładnie jeden człowiek?

Poeta:

A niby co w tym dziwnego?

Mały:

Milcz, nie ciebie pytam!

Felicjan:

Nie wierzę. Gadaj zdrów!

Poeta:

Pan nie wierzy.

Mały:

A przecież dla mnie to nić trudnego.

Poeta:

To prawdę mówiąc tania sztuczka.

Mały:

Tania? Nie jest warta złamanego grosza.

(dzwoni telefon w marynarce Poety, ten wyciąga owo urządzenie i z nim rozmawia)

Poeta:

Słucham, tu Poeta. Ach, to ty! Miło cię słyszeć, kochanie. Ależ skąd! Uwielbiam, cię! Bądź w sobotę albo w poniedziałek, będę z całą pewnością czekał. Też cię kocham, pa!

(teatralnym ruchem chowa telefon do kieszeni)

Felicjan:

Cóż to za żenada?

Mały:

Kto dzwonił?

Felicjan:

Nie wiesz?

Poeta:

Tania sztuczka.

Mały:

Gorzej.

Felicjan:

Dziwni jesteście panowie. Nie kumam i nie czaję was.

Poeta:

Panie kochany. To nic trudnego. Każdy tak potrafi.

Mały:

Potrafiłby, gdyby trochę poćwiczył.

Poeta:

Otóż to.

Mały:

Panie drogi, to tylko taka sztuczka.

Poeta:

Złamanego grosza bym za nią nie dał.

Felicjan:

Nie róbcie ze mnie...

Poeta:

Dosyć żartów.

(i znika)


Scena IV

Mały:

Zastanawia pana z kim rozmawiałem? Z Anią, moją żoną. Jest kochana.

Felicjan:

To taka sztuczka? Z pewnością można to wytłumaczyć racjonalnie...

Mały:

Z całą pewnością, Feliksie.

Felicjan:

Hipnoza?

Mały:

Daj spokój, czy ja wyglądam na kogoś takiego? To naprawdę nie było trudne.

Felicjan:

A jednak on nie był tobą.

Mały:

Ja byłem nim.

Felicjan:

To nieprawda. On był złudzeniem.

Mały:

Więc ja też jestem złudzeniem. Nie potrafisz uwierzyć w tak prosty trik, to jak chcesz wierzyć w coś prawdziwie cudownego, bardziej skomplikowanego, a jednak też całkiem możliwego?

Felicjan:

To znaczy?

Mały:

To znaczy, że jesteś ignorantem.

Felicjan:

Łatwo ci mówić.

Mały:

Nie tak znowu łatwo.

(wyciąga z kieszeni marynarki papierek)

Oto zaświadczenie lekarskie.

Felicjan:

(ogląda papierek zwany zaświadczeniem)


Chce mi pan wmówić, że jest pan niemową?

Mały:

Nie wierzy pan słowu pisanemu?

Felicjan:

To fałszerstwo.

Mały:

To się powoli zaczyna robić nudne.

Felicjan:

To prawda.

Mały:

Po powrocie złożę zażalenie.

(zdejmuje maskę z twarzy, okazuje się, że pod nią kryje się Izabela)


Scena V

Felicjan:

Co pan wyprawia?

Izabela:

Do mnie pan mówi?

Felicjan:

Co to ma znaczyć!?

Izabela:

Tutaj jest niebo, prawda?

Felicjan:

Już panu... pani mówiłem!

Izabela:

Tak? Przepraszam, nie dosłyszałam... Pan wybaczy.

Felicjan:

Kim pan jest?

Izabela:

Panie, w ten sposób to my się nie dogadamy. A wypadałoby, prawda?

Felicjan:

Wcale mi nie zależy.

Izabela:

To niech się pan zamknie!

Felicjan:

Tego zrobić nie potrafię, choć już drażni mnie mój głos.

Izabela:

Drogi panie, związki zawodowe zafundowały mi wycieczkę. Tu miało być niebo. Czy pan jest w niebie?

Felicjan:

Nie widzisz!?

Izabela:

Owszem, nie.

Felicjan:

Tu jest Wzgórze Księżniczki Zuzanny. Tu obok są chmurki. Czy to jest niebo?

Izabela:

A co z panem? Co pan tu robi?

Felicjan:

Tu jest mój dom, pani ciekawska.

Izabela:

Rzeczywiście, jest i dom! Z kim pan tu mieszka?

Felicjan:

Kompletnie sam.

Izabela:

Gdzie pana kobieta?

Felicjan:

Nie ma.

Izabela:

Potrzebna tu ręka kobiety. Mężczyzna samotny jest do bani. Należałoby tu trochę sprzątnąć...

Felicjan:

Niech się pani do mnie nie przystawia!

Izabela:

Nie ożenisz się z mną? Jestem pracowita, ładna, powabna...

Felicjan:

Odejdź, kobieto, nie kocham cię przecież.

Izabela:

Daj mi szansę.

Felicjan:

To niemożliwe.

Izabela:

Zabiję się!

Felicjan:

Niech mi pani nie grozi. Proszę sobie iść. Proszę o mnie zapomnieć.

Izabela:

Czy pan oszalał?

Felicjan:

Droga pani, jest pani wspaniałą kobietą, ja jednak mam pewne zobowiązania i może być pani pewna, że nie ma dla pani miejsca w moim życiu.

Izabela:

Mężczyzna bez kobiety jest niczym.

Felicjan:

Jest niczym, a jednak jest. Czy to nie dziwne?

Izabela:

To jest bez sensu.

Felicjan:

Bo kobieta jest sensem mężczyzny. Ale konkretna, a nie jakaś przypadkowa. Pani na pewno nie da mi sensu ani szczęścia, proszę się nie łudzić. Jak pani sama widzi, tu nie jest niebo.

Izabela:

To głupie, idę sobie.

Felicjan:

Proszę uważać na spódnicę, tu jest brudno.

Izabela:

Poradzę sobie.

(wychodzi)


Scena VI

Felicjan:

Boli mnie głowa. Cóż to za nieproszeni goście? Wszystko się dzieje, tylko nie to, na czym mi zależy...

(cisza)

Już nie pamiętam... Co ja tu robię? Chyba sobie czekam. Nikt mi nie kazał czekać.
Nikt nie za bronił. To chyba mój wybór. Och, nie! Serce każe czekać...

(cisza)

Nie jestem w niebie, to prawda. Choć tu miało być niebo. Czyja to wina? A przecież wystarczy chcieć. Nudzi mi się. Czas płynie... Wygląda na to, że moja chora wyobraźnia zbytnio się rozpanoszyła.

(cisza)

Dom już gotowy, ja jestem gotowy, a ona nie przybywa. Nastaje nowy dzień. Jedyna moja nadzieja w tym, że to się dobrze skończy. Choć w sumie czemu zaraz mam myśleć o końcu? Inaczej powiem: moja nadzieja jest raczej w tym, że wszystko jest na dobrej drodze. I może ona już w drodze?

(wypatruje)

Już jest późno. Jak mnie tu znajdziesz? Może pomyliłaś ścieżki? Czekam niecierpliwie. Powinienem się pewnie czymś zająć. Nie mogę się skupić. Jest za daleko lub wcale jej nie ma.

(wypatruje)

To kłamstwo! Oczywiście, że jesteś i to całkiem blisko. Lada chwila będziesz tutaj. Napijesz się gorącej kawy, ja rozgrzeję twoje dłonie...Źle mi samemu. Chyba przyjdzie mi zwariować... Nie rozumiem praw rządzących tym światem. Tak wiele chcę, a nie jest dane mi nic.

(wypatruje)

A niby dlaczego miałoby coś być ci dane!? Czym sobie zasłużyłeś na najmniejszy prezent od losu? Czy zrobiłeś coś ponad to, co zrobić musiałeś? Cokolwiek najmniejszego... Nic! Więcej pokory palancie!

(milczy)

Ta Izabela, kim ona jest? Może trzeba było ją tutaj zatrzymać? Dobrze, że sobie poszła. To dobra kobieta... I może dlatego należało spełnić jej życzenie? Ratunku!!!

(echo nie odpowiada)

Nadejdzie taki czas, kiedy będę musiał pożegnać się z obecną formułą wypowiadania myśli, żeby snobi nie mówili, że się powtarzam. Najwyraźniej tutaj ważniejsza jest forma niż treść.

(bawi się rozporkiem)

Nie ma co robić... nie ma do kogo gęby otworzyć. Nie ma na kogo spojrzeć. Nie ma co robić...

(milczy)

Tęsknię...

(mijają dni, podczas gdy śnieg pokrywa otaczającą Felicjana powierzchnię)

Tracę rachubę czasu. Czy to już zima? Tęsknię... I nawet ta tęsknota stała się nużąca. Może tęsknię dla zasady? Nie, nie jestem taki głupi. Może to już? Wróć Luizo, czekam na ciebie!

(wypatruje)

Nikogo nie widzę. Ależ był ze mnie głupiec! Jak mogłem dać tak się ponieść!? Przecież tak nie można! Jak mogłem w nią zwątpić? Jakim prawem mogłem nie uwierzyć w jej słowo? Luizo, przebacz!!! Czekam na ciebie!!! Czy ja naprawdę mogłem być taki głupi?! To nie do pomyślenia. Jestem taki szczęśliwy.

(wypatruje)

Przychodź, Luizo! Czekam, a radość mnie rozpiera! Przybywaj! Och, jakże nie mogę się doczekać. Zrobiło się tak jakoś fioletowo.

(cisza)

Ratunku!!!

(rzuca się scenie i psuje rekwizyty)

Zwariowałem! Boję się być sam, boję się, że zrobię coś głupiego, że nie starczy mi cierpliwości. Boję się tych ścian... Dlaczego? Jestem taki nieszczęśliwy!


Scena VII

(wchodzi Godot)

Godot:

I co my tu mamy?

Felicjan:

Czego chcesz? To znowu ty? Dlaczego mnie meczysz? Nie ma cię, odejdź!

Godot:

No co ty?

Felicjan:

Permanentnie!

Godot:

Źle z tobą.

Felicjan:

Nie wierzę w ciebie!

Godot:

A ja przyszedłem ci pomóc.

Felicjan:

Nic mnie to nie obchodzi. Odczep się, znajdź sobie inną ofiarę!

Godot:

Naprawdę!

Felicjan:

Nie potrzebuję twojej pomocy, chcesz mnie oszukać!

Godot:

Sprytna taktyka.

Felicjan:

Co!

Godot:

Przyszedłem ci pomóc, żebyś nie musiał się zabijać.

Felicjan:

Chcesz mnie zabić!

Godot:

E, nie... Chcę cię uratować.

Felicjan:

Nie wierzę.

Godot:

Sprytna taktyka - w nic nie wierzyć.

Felicjan:

Czego chcesz? Przecież cię nie ma, jesteś moim urojeniem.

Godot:

Dokładnie! Nie ma mnie i jestem! Oto efekt twojego postępowania. No cóż, skoro jestem twoim omamem, to czego się boisz? Nic ci nie zrobię.

Felicjan:

Nie wierzę.

Godot:

Wzywałeś ratunku.

Felicjan:

No to co?

Godot:

Więc przybyłem.

Felicjan:

Nie wierzę.

Godot:

I co z tym zrobisz? Chciałeś się zabić.

Felicjan:

Skąd wiesz?

Godot:

Jestem Godotem.

Felicjan:

Tu już jeden to samo mówił.

Godot:

A może to byłem ja?

Felicjan:

A cóż to za przedstawienia kolorowej magii mi się tu urządza!?

Godot:

Nie wierzysz w magię?

Felicjan:

Nie!

Godot:

Więc wierzysz, że jej nie ma.

Felicjan:

Można to tak ująć.

Godot:

Więc jednak w coś wierzysz.

Felicjan:

Nie przeczę.

Godot:

Jakie przesłanki zdecydowały o tym, że uwierzyłeś akurat w brak magii, a nie jej prawdziwość?

Felicjan:

Żadne! To się nie mieści w ludzkim umyśle.

Godot:

A co się mieści?

Felicjan:


Matematyka.

Godot:

Nie wiesz o czym mówisz. Mierzysz się z nieskończonością, z absolutem! Zwykłemu pierwiastkowi do pięt nie dorastasz, a chcesz pojąć... Jak można być tak małym i tak bezczelnym jednocześnie!?

Felicjan:

Idę spać.

(kładzie się i zasypia)

Godot:

(przykrywa Felicjana kocykiem)

Och, jak to słodko chrapie... Niech sobie pośpi biedaczysko. Szczęściarz z niego, udało mu się. Zresztą nie tylko jemu i nie tylko on nie zdaje sobie z tego sprawy. Te kilka słów otuchy go uratowało. Wielka jest moc słowa!


Scena VIII

(wchodzi Statkacy)

Godot:

Co ty tu robisz? Miałeś się już nie pokazywać.

Statkacy:

Musimy pogadać. O rzeczywistości.

Godot:

Znowu...

Statkacy:

Ciągle coś nowego przychodzi mi do głowy. Może za dużo myślę.

Godot:

Kochasz ją.

Statkacy:

Rzeczywistość? Chyba masz rację. Ona ma tę świadomość i ze mną igra. Pozwala się naginać, a potem mówi, że żartowała, że ona nie rozumie o co mi chodzi, choć w sumie się spodziewała. I że ona mnie lubi nawet i to bardzo... Bawi się mną. Nie pozwala wygiąć się całkiem, a jednocześnie nieustannie każe się wykrzywiać. Czuję się niczym błazen. Nie potrafię przestać, bo mimo wszystko czuję, że po to zostałem stworzony. Robię co mogę. Są chwile, gdy nie mam już sił, wtedy ogarnia mnie rozpacz, a wokół nie ma nikogo, nawet jej - rzeczywistości. Nie ma nic, tylko pusta otchłań. Wtedy chcę się zabić. Dłonie mimowolnie sięgają do gardła...

Godot:

Dość tego!

Statkacy:

Rzeczywistość jest straszna!!!

Godot:

To prawda... Ale to jednak twoja rzeczywistość, skoro zostałeś dla niej stworzony. Zrób coś pozytywnego.

Statkacy:

Czas tak się wlecze.

Godot:

Powinieneś wyjechać. Czas to nie kałuża.

Statkacy:

Czuję się oszukany, Godocie. Obawiam się, że niektóre sprawy zaszły zbyt daleko.

Godot:

To nieprawda. Dopóki nic nie jest przesądzone, możesz śmiało działać. Rzeczywistość jest zobowiązana swoim słowem, nawet jeśli to kłamstwo. Ale prawda jest taka, że rzeczywistość nie kłamie.

Statkacy:

Dokąd mam jechać?

Godot:

Gdziekolwiek. Wróć do niej. Spraw wrażenie, że jest zwykła i jak najbardziej normalna, ciesz się jej przeciętnością. Lecz zwróć uwagę na ten jeden dość dziwny szczegół, który pewnie można wyjaśnić jak najbardziej racjonalnie... Ciesz się też nim, choć tak niezrozumiałym. Niespodziewanie przyjdzie czas, kiedy ten właśnie nic nie znaczący szczegół okaże się wszystkim. Z jego pomocą dokonasz cudu. Wtedy dopiero okaże się, że ta nieracjonalność trwała od zawsze, że ona nigdy nie była zwyczajna! Wtedy osiągniesz sukces! Rzeczywistość musisz przekształcać z głową! Twórca powinien mieścić się w danej mu przestrzeni, wykorzystać ją maksymalnie. Sztuką nie są tanie zagrywki techniczne, do niczego nie prowadzące. Sztuką jest uzyskanie efektu! Najmniejszym nawet kosztem, za pomocą kilku gestów. Co ja mówię! Wystarczy jeden gest, jedno spojrzenie! I to jest sztuka, a nie to ciągłe pustosłowie, nic nie znaczące wyrazy...

Statkacy:

Czuję, że masz rację... Ale ja jestem słaby. Naprawdę tracę już wszystkie siły.

Godot:

Ależ słabym jest tylko ten, kto nie kocha! Przestań się łamać, rób co do ciebie należy i raduj się!

(ktoś wygrywa piękne motywy na rogu, muzyka rozlega się zewsząd)

Statkacy:

Co się dzieje?

Godot:

Uspokój się, to dla zachowania symetrii.

Statkacy:

Że niby jest pięknie, tak?

Godot:

Niezależnie od tego, uwierz mi. Czasem wydaje się , że wszystko jest nie tak, że wszystko sprzysięgło się przeciw tobie, ale tak nie jest! Nie możesz sobie pozwolić, żeby w to uwierzyć! Nie możesz zwodzić samego siebie! To jest czysta głupota!


Scena IX

(wchodzi Luiza)

Luiza:

Jestem.

Godot:

Kim?

Luiza:

Jestem Luiza Katarzyna Małgorzata Właz.

Godot:

Dlaczego pani się tak nazywa?

Luiza:

Żeby zgadzała się ilość literek. Choć też nie do końca.

Godot:

Dobrze, że pani to wie.

Luiza:

Ale wydaje mi się, iż jestem u siebie i to panowie powinni mi się przedstawić.

Godot:

Tak, jestem tu gościem. Godot.

Statkacy:

A ja Statkacy.

Luiza:

To mi się z czymś kojarzy...

Godot:

Być może. Dlaczego pani tak długo nie było?

Luiza:

Chodziłam sobie. Odwiedziłam paru znajomych...

Godot:

Pani jest nieodpowiedzialna.

Statkacy:

Nie dołuj pani.

Godot:

Muszę to powiedzieć.

Luiza:

Nic nikomu nie obiecywałam.

Godot:

Jemu pani obiecywała. Umierał z tęsknoty.

Luiza:

Nie wiedziałam...

Statkacy:

Daj spokój, przecież już wróciła.

Luiza:

Nie wiedziałam, że to wszystko takie skomplikowane.

Godot:

Jeżeli pani nic nie obiecywała i nie jest pani odpowiedzialną kobietą, to jak to będzie, gdy już pani coś komuś obieca?

Statkacy:

Nie czepiaj się.

Godot:

Nie czepiam się.

Statkacy:

Ta pani też ma swoje problemy i nie jest jej lekko. Właściwie dlaczego on tu śpi, a ona przychodzi? Równie dobrze mogłoby być na odwrót!

Luiza:

Ale nie jest. Postaram się poprawić.

Godot:

A co poprawić?

Luiza:

Się.

Godot:

I proszę się na mnie nie gniewać, że to powiedziałem.

Luiza:

Nie gniewam się. Cieszę się nawet. Teraz życie nabierze prędkości. Widzicie panowie, jednak wybrałam jego ramiona.

Statkacy:

Czekał na panią, bo nie miał już na kogo. Choć była pani na końcu listy, udało się pani, bo wszystkie inne kobiety go rzuciły, Ale on wychodzi z założenia, że lepszy rydz z braku laku.

Godot:

Niech go pani nie słucha. Stał się sarkastyczny, bo chciałby udowodnić światu jaki jest pokrzywdzony.

Statkacy:

To nieprawda. Chciałem mu raczej pokazać jaki jest chory.

Godot:

Niepotrzebnie marnujesz czas. Świat jest ślepy i głuchy, nie zrozumie twoich aluzji i będzie tylko litował się nad twoją zgorzkniałością. To żałosne. Wyjdziesz na frustrata. Tymczasem niech on się już obudzi.

(budzi się Felicjan)

Luiza:

Kochanie, jestem!

Felicjan:

To ty?! To naprawdę ty?!

Luiza:

To ja.

Felicjan:

Czy ja śnię?!

Luiza:

W żadnym razie!

Felicjan:

To cud... Tak brakowało mi twych oczu...

(zastygają w objęciach)

Statkacy:

Co oni tak?

Godot:

To serca.

Statkacy:

Co serca?

Godot:

Wyraźnie i niesłychanie tego nie rozumiesz. To taki wiersz pisany prozą.

Statkacy:

Fakt pozostaje faktem. Mam wrażenie, ze uczestniczymy w swego rodzaju urojonej korespondencji. Mam wrażenie, że to od początku zaczęło się tak dojrzale.

Godot:

Z pewnością zaczęło się na początku.

Statkacy:

Coś mi tu nie gra.

Godot:

Co?

Statkacy:

Nasz obecność jest tu chyba niepotrzebna.

Godot:

Zbędna.

Statkacy:

Właśnie... Jest mi smutno. Chodźmy stąd.

Godot:

Chodźmy.

Statkacy:

Do widzenia.

(wychodzą)


Scena IKS

(jest, choć jej nie ma)


Scena X

Felicjan:

Och, te nasze autoironiczne podteksty.

Luiza:

I nie tylko auto.

Felicjan:

Właśnie! W wewnętrznych bólach robimy to, co robimy i to jest wtedy najpiękniejsze. Ludzie oczekują naszego bólu.

Luiza:

Nie osądzaj ich. To dlatego, że ich też boli.

Felicjan:

Wyobraźnia płatami figle.

Luiza:

Wyolbrzymiasz pewne sprawy. Bądź bardziej ufny.

Felicjan:

Chcę, ale nie potrafię. Gdybyś mi w tym, pomogła...

Luiza:

Nie ma sprawy. Teraz już wiem, że mogę to zrobić. Dla ciebie zrobię wszystko, uwierz mi.

Felicjan:

Piękna zimowa noc!

Luiza:

Nie lubię śniegu, bo się potem topi.

Felicjan:

Ja też nie lubię jak się topi. Jednakże wszystko w swoim czasie, a teraz jest pięknie.

Luiza:

I ten daleki świat wokół. Mamy tu wszystko.

Felicjan:

Jakże się cieszysz! Jestem szczęśliwy! Tak mi tego brakowało... Twoje spojrzenie jest dla mnie wszystkim!

Luiza:

Cieszę się.

Felicjan:

Interesuje mnie dlaczego nie został bardziej rozwinięty wątek morderstwa. To przecież byłoby ciekawe.

Luiza:

Kto zabił, dlaczego...

Felicjan:

Ludzi by to ruszyło. A kogo obchodzi historia jakiejś szczęśliwej miłości?

Luiza:

Nikogo.

Felicjan:

A czas mija. Tęsknię za tobą.

Luiza:

Na naszym stole leży tom wierszy. Miłosnych. Jednak niektórzy muszą to czytać.

Felicjan:

Wiersze o tęsknocie i niespełnieniu.

Luiza:

Prawdziwa mądrość nie jest pewna niczego. To dlatego.

Felicjan:


Ja jestem skończonym głupcem, księżniczko.

Luiza:

A ja kompletną idiotką.

Felicjan:

I niech tak zostanie!

Luiza:

Amen!

Felicjan:

Jak tu ładnie!

Luiza:

Nie brzydko. Nie myśl jednak, że będziemy tu tak ciągle siedzieli sami. Zaprosiłam gości, będzie bal!

Felicjan:

I bardzo dobrze, cieszę się!

Luiza:

Przecież nie lubisz balów?

Felicjan:

Bali. Ale ty lubisz, dlatego sprawiłaś mi radość.

Luiza:

Aleś ty psychodeliczny.

Felicjan:

Dobrze ci tak.

Luiza:


Zauważyłam, że dawanie ci szczęścia sprawia mi radość.

Felicjan:

Bo jesteś w niebie, kochanie.

Luiza:

Tu jest niebo?

Felicjan:

Ono jest w nas.

Luiza:

Ależ jestem radosna! To jest wspaniałe!

Felicjan:

Ależ jestem dziki!

Luiza:

Chodźmy już!

(pamiętam Cię z czasów, gdy Cię jeszcze nie widziałem; to było już wtedy cudowne; pamiętam Cię z czasów, gdy Cię jeszcze nie znałem, chwaliłem się Tobą przed nimi; co poniektórzy do dzisiaj o Ciebie pytają, co z Tobą, gdzie jesteś, co słychać; odpowiadam, że jakoś sobie radzisz; żaden z nich nie zdaje sobie sprawy; no, może jest ktoś taki, sam nie wiem; pamiętam moment, w którym pierwszy raz usłyszałem Twój głos; co było pierwsze - obraz czy dźwięk?)

Felicjan:

Dokąd?

Luiza:

Musimy się przejść! Przecież nie będziemy tak ciągle siedzieć! Jest zimno, trzeba się rozgrzać!

(pada śnieg, jest 13 grudnia)

 

 

O TOBIE KROPKO

z środy na czwartek
zebrałem siano
i zbiłem stół
na rano
czekałem tam
leżałaś w środku
więc odszedłem od stołu
a ty poszłaś za mną

(Luiza i Felicjan też wychodzą, śnieg pada, w niebie zapowiada się niezły bal)

Cieplice Śl. 3.10-21.11.1998.

 

 

Posłowie (od autora)

Dokładnie pięć dni później wyszliśmy z bramy. Było ciemno i zimno, a Krzyś niespodziewanie skręcił w prawo.
- Niech się pan nie zbliża! Niech pan nie podchodzi! - usłyszałem histeryczne wrzaski wysokiej kobiety w czarnym płaszczu. - Ja jestem agresywna! Nie podchodzić!
Najwyraźniej była nieco przestraszona, stanęło jednak na tym, że Krzysiek przedstawił mnie tej kobiecie. Powiedziałem, że miło mi i że właściwie też jestem agresywny. Dziewczę, któremu Renata było na imię, bardzo się ucieszyło i puściło do mnie zalotne spojrzenie. Wymieniliśmy parę zdań na temat pogody, literatury, niespełnienia kobiet bezdzietnych, po czym Renata przyznała się, że jest wariatką i ma rozdwojenie jaźni, nie mówiąc już o różnego rodzaju lękach. "Co tam rozdwojenie - pomyślałem. - Ja mam roz..." I zacząłem sobie liczyć na palcach. Oczywiście musiałem się pochwalić, że też jestem wariatem.
- Wariat?! - zakrzyknęła Renata.
- Schizofrenik nawet.
- Wariat i do tego schizofrenik! Wyjdź za mnie!
Chciałem odkręcić sobie lewą rękę i jej wręczyć. Nic z tego - uśmiechała się tylko powtarzając obłędnie "wyjdź za mnie, wyjdź za mnie..."
- Już dobrze, to o drugiej - powiedziałem zerkając na zegarek. Mijała dwudziesta.
- Ale o której drugiej?
Pytaniem tym Renata udowodniła rzuconą uprzednio tezę o swoich zaburzeniach czasoprzestrzennych, tu jednak do rozmowy włączył się Krzysztof, którego przez chwilę nie było, ale znowu się pojawił:
- Nie wiem czy wypada o tym mówić, ale... - i spojrzał badawczo na mnie.
- Co ale? - zaciekawiła się Renata.
- Ten pan ma już żonę.
- Choć tu jej nie ma - dorzuciłem.
I poszliśmy z Krzysiem na piwo. Wtedy przyszło mi do głowy, że ja tę scenę już gdzieś widziałem. Omówiliśmy kolejny aspekt rozległej Kwestii Zbigniewa z tą świadomością, że jeszcze nie powiedzieliśmy sobie wszystkiego. Może kiedyś...
Na pewno będzie jeszcze mnóstwo okazji, by wznieść niejeden toast za Zbigniewa.

 

AUTOR 27.11.1998.



poprzednia strona spis treści następna strona