Strona naszego Pisma
  str.

opowiadania
poprzednia strona spis treści następna strona

Gwiazdka Czejen

Gałązki przysypanego śniegiem świerku, targane wiatrem, zwiewnie ocierały się o szybę, zrzucając przy tym śnieżnobiały puch na parapet. Te płatki śniegu, które się nie mieściły już na parapecie, wędrowały dalej z wiatrem, zabawnie zaczepiając po drodze ponure suche drzewa. Tylko wygłodniałe czarne wrony zdawały się nie widzieć radości tańczących śnieżynek i nadchodzących dni.
Czejen lubiła przyglądać się tym ptakom. Patrzyła na ich spokój wśród śnieżycy, na ich czerń wśród bieli, może na ich samotność. Sama była podobna do nich. Czarne włosy, ciemna karnacja, czarne smutne oczy, ślepo wpatrzone w biel...
Czuła chłód bijący od szyby. Przejechała palcem po szybie. Uśmiechnęła się sama do siebie i pomyślała o nim... O tej porze roku często wracała myślami do niego. Kiedyś dawno, stała tak samo a on malował. Potem razem oglądali te malowidła i najzwyczajniej wybuchali śmiechem. Jeden taki obraz wisiał koło kominka. Chciała go zdjąć, to był jego ulubiony. Zresztą dziś chyba było to bez różnicy. Zakurzony jakby z innej epoki nadal wisiał i zdawał się być niezauważany. Opleciony pajęczą siecią i wspomnieniami ginął wśród reszty drobiazgów, w których kochała się Czejen. Uwielbiała te starocie. To nie były zwykłe przedmioty, każdy miał magiczną moc, każdy był związany z czymś ważnym. Takim przedmiotem była też stara porcelanowa lalka. Przypominała jej o tym, że kiedyś była mała dziewczynką, ze zwykłymi marzeniami, ze zwykłymi kłopotami dorastającej dziewczyny... Ona się zestarzała a lalka została gdzieś tam. Czasami jej zazdrościła tego, tak bardzo chciała tam czasem wrócić a czasami jak i ona, nie chciała mieć serca i nic nie czuć. Później wydawało jej się to wszystko głupie, przecież niczego tak naprawdę w życiu nie żałowała.
Czejen patrzyła przez pomalowaną mrozem szybę na świat za oknem, na drzewa ubrane w śnieżnobiały kożuch, na ścieżki ginące pod warstwą białego puchu. Kiedyś prowadziły gdzieś, gdzie wiodły jego odciśnięte ślady. Tam gdzie nikły, zaczynała się jej tęsknota. Dzień w dzień zostawiał ślady nagich stóp, którymi potem wracał do domu, do Czejen. Dziwne, jak tęsknota zmienia się z czasem, a na jej twarzy przybywa zmarszczek. Oczy stają się coraz bardziej ślepe, patrzą na wszystko coraz to obojętniej. Tylko uśmiech Czejen pozostawał bez zmian i obnażał ją z jej wspomnień. Tylko do niego uśmiechała się w ten sposób. Tak samo jak na obrazie koło kominka...
Musiała się otrząsnąć ze swojego zapatrzenia, przez chwilę robiła wrażenie sikorki skubiącej na parapecie kawałek słoniny. Ugrzęzła w śniegu, zatrzepotała skrzydłami, strząsnęła z siebie zimny puch i zaczęła skubać mięso. Czejen podeszła do kominka, schyliła się i wrzuciła do niego kawał drewna. Poczuła na ciele przyjemne ciepło i skierowała się w stronę wielkiego kartonu. Woń starej tektury konkurował ze świeżym zapachem leśnej choinki. Uwielbiała ten moment, kiedy za chwilę otworzy zakurzony karton i wysypie z niego stare ozdoby. Karton nic nie wartych skarbów, dla niej był jednak ważny. Jak zegar z kukułką, przypominał jej o nieuchronności czasu, o przemijaniu. Część swojego życia zamknęła właśnie w tym zwykłym szarym perforowanym kartonie.
Czejen uniosła w dłoni pierwszą bombkę. Trzymając ją delikatnie w palcach, nie spuszczała z oczu drzewka. Jakoś trudno było jej podjąć decyzję, na której z gałązek ma ją zawiesić. Przesunęła bombkę przed twarzą i rzuciła pytające spojrzenie, jakby w czerwieni bombki chciała znaleźć odpowiedź. Znalazła swoje własne odbicie. Wykrzywione na krągłości kształtu, rozlało się na połowie bombki i udawało beztroskie dzieciństwo. Kruchy i naiwny świat Czejen, gotowy w każdej chwili rozpaść się na tysiące drobnych kawałeczków...
Trzask tłuczonej bombki, rozpadającej się na tysiące drobnych gwiazdek, wyrwał Czejen z zadumy.
- Niezdara jestem. Pójdę po miotłę - powiedziała.
- Nie idź - odpowiedział ciepły pogodny głos - Właśnie skończyłem cię malować. Chodź zobaczyć - mówiąc to, uśmiechnął się i położył na obrazie ostatnią plamę farby.
Czejen odpowiedziała uśmiechem i podeszła do sztalugi.
- To jestem ja? - i roześmiali się oboje.
- Miałaś stać a nie ubierać choinkę. Rzadko się zdarza takie światło do malowania...
Promienie zachodzącego słońca, omijając białe ogromne płatki śniegu i przebijając się przez koronkę mrozu na szybie, otulały pomieszczenie, igrając z drobinkami kurzu, który unosił się w pokoju. Światło opadając na podłogę, tańczyło z językami ognia strzelającego z kominka. Małe gwiazdki święcąc na choince i odbijając się w bombkach rozpraszały strumienie pomarańczu światła i migotały w pomieszczeniu kolorową zorzą.
Czejen popatrzyła jeszcze raz na obraz. Uśmiechała się kolorem tęczy...
- To dla ciebie Czejen... Właśnie taką cię widzę. Powiesimy koło kominka? Co..?
- Dziękuje ci... - Czejen wspięła się na palcach i dała mu soczystego całusa.
- Kocham cię Czejen.
- Chodźmy do stołu, zdaje się, że pierwsza gwiazda już zabłysła na niebie...

imer/r.jurek (2001.12.06/07.)



poprzednia strona spis treści następna strona