Strona naszego Pisma
  str.

opowiadania
poprzednia strona spis treści następna strona

Carpe Diem

...Więc kimże w końcu jesteś?
- Jam jest częścią tej siły,
Która wiecznie zła pragnąc,
wiecznie czyni dobro.

J.W. Goethe "Faust".

Budzik zadzwonił o godzinie siódmej trzydzieści. Zwykle tak dzwonił, jednak Albert nie mógł się do tego przyzwyczaić i zaczął kląć na czym świat stoi. Zwykle tak robił.
Spojrzał wściekle na budzik i przeciągnął się w łóżku.
- Cholera mnie bierze, jak pomyślę, że znów trzeba wstać - pomyślał Albert i w tym samym momencie wzięła go cholera. Zwykle go brała w takich chwilach. Wstał, założył szlafrok i powlókł się do kuchni.
Od kilku lat mieszkał sam, dlatego kuchnia przypominała pobojowisko; stało w niej jedno stare krzesło, rozpadająca się szafka, lodówka pamiętająca czasy, kiedy nie było jeszcze lodówek i stół na którym zawsze leżały okruchy. Albertowi nie przeszkodziło to jednak w ukrojeniu kilku kromek zeschniętego chleba i zaparzeniu porannej lury, którą nazywał kawą.
Zabrał to wszystko do pokoju, włączył telewizor i zasiadł za stołem. W wiadomościach porannych podawali jak zwykle, kto umarł, kto komu wypowiedział wojnę i o ile podrożała benzyna, ale to go nie interesowało - nie miał przecież samochodu.
Skrzywił się patrząc na gadające głowy i zajął się śniadaniem. popatrzył na kawę i ogarnęło go obrzydzenie. Zwykle go ogarniało, gdy patrzył na nią rano, ale nie było go stać na lepszą. Wziął się w garść i przełknął pierwszy łyk.
- Pierwszy jest zawsze najgorszy - przebiegła mu przez głowę myśl, ale zagryzł ją chlebem.
- Co by tu dziś zrobić - zastanawiał się patrząc tępo w telewizor.
- Może pójść do miasta poszukać jakiejś roboty? Albo do parku, zapowiada się całkiem ładny dzień - wyliczał.
- Pójdę do miasta - pomyślał i stwierdził, że była to pierwsza od dłuższego czasu poważna decyzja w jego życiu.
Odniósł naczynia do kuchni i zaczął się ubierać.
Założył swoje zwykłe szare ubranie sprawdził jeszcze raz czy wszystko w porządku, dokręcił kran, wyłączył telewizor i wyszedł z mieszkania.

* * *

Na ulicy pomimo wczesnej pory panował dość duży ruch.
- Dokąd ci wszyscy ludzie się tak spieszą? -zdziwił się Albert.
Wyobraził sobie mrowisko i uśmiechnął się pod nosem.
- Jeszcze brakuje tu tylko olbrzymiego dziecka, które wetknęłoby tu kij - dodał w myśli. Tak go to rozbawiło, że zaczął się zastanawiać, co by było dalej.
- Ciekawe jak wyglądałaby ta gruba baba z siatkami, albo ten dziadek o kulach, gdyby zaczęli uciekać?
Czasami Albert bywał złośliwy. Była to podświadoma reakcja na pech, który towarzyszył jego poczynaniom od paru lat. Najpierw dyscyplinarnie zwolniono go z pracy bez możliwości powrotu do zawodu, a niedługo potem opuściła go żona. Nie, nie miał do niej żalu. W końcu to nie on miał dom na Mazurach, jacht i nowy samochód.
Zwykle, gdy dochodził we wspomnieniach do tego miejsca trafiał go szlag.
-Cóż, było, minęło - westchnął, patrząc na przejeżdżające samochody.

* * *

Kluczył dość długo bez sprecyzowanego celu po ulicach, aż wreszcie znalazł się przed bramą ZOO. Spojrzał na tablicę i zdziwił się, że tak daleko zaszedł. Zapragnął usiąść na jakiejś ławce, nie miał jednak pieniędzy na bilet, a dookoła rozpościerała się szarość parkingu, upstrzona gdzieniegdzie plamami samochodów.
- Cóż, trzeba będzie przejść się do parku, tam można posiedzieć za darmo - skwitował w myśli. Odwrócił się na pięcie i żegnany wrzaskami małp poszedł w stronę parku.
Idąc zastanawiał się, co mógłby zrobić ze swoim życiem, gdy spostrzegł staruszka stojącego przy krawężniku. Widać było, że usiłuje znaleźć lukę w ruchu, aby przejść na druga stronę. W tej samej chwili Albert poczuł instynktownie, że za moment stanie się coś niedobrego. Ruszył w stronę mężczyzny i pociągnął go za ramię. Obok nich przejechała szesnastokołowa ciężarówka trąbiąc niczym rozjuszony słoń.
- Czyś pan zgłupiał? - warknął wściekle Albert - W takim miejscu może sobie pozwolić na przechodzenie tylko sprinter, a nie ktoś taki jak pan! - dorzucił.
Siedzieli na chodniku i żaden nie kwapił się by wstać. Albertowi trzęsły się jeszcze kolana, a staruszek był widocznie osłabiony nadmiarem wrażeń.
- Dziękuję panu za uratowanie mojego skromnego istnienia - odezwał się starzec.
Albert nie odpowiedział, uderzyło go sformułowanie "istnienia". "Co to za język? Sprzed 40 lat?" - zdziwił się Albert.
- Nie ma za co. - dodał głośno. Spojrzał na staruszka i zdziwił się obserwując łatwość, z jaką tamten podniósł się z chodnika. Sam też wstał.
- Czy jest coś, co mogę dla pana zrobić? - zapytał mężczyzna. Albert pomyślał, że chętnie by coś zjadł, ostatnio prawdziwy obiad jadł kilka tygodni temu.
- Myślę, że mógłbym zaprosić pana na obiad - podsunął nieznajomy.
- Ten skubaniec czyta w moich myślach - ucieszył się Albert.
- Bardzo chętnie skorzystam z pańskiego zaproszenia, panie ...?
- Proszę mówić do mnie Lucjan, tak mnie nazywają.
- Jestem Albert - przedstawił się zgodnie z prawdą Albert.
Poszli w stronę przejścia dla pieszych. Po dłuższej chwili milczenia pierwszy odezwał się Lucjan.
- Czy moglibyśmy gdzieś spocząć, chciałbym z tobą porozmawiać, Albercie - rzekł.
- Oczywiście, właśnie wybierałem się do parku - odparł Albert.
Szli w ciszy, każdy zajęty swoimi sprawami. Albert cały czas zastanawiał się, co spowodowało u niego taki przypływ refleksu i skąd wziął się ten instynkt, który uratował życie człowiekowi.

* * *

Usiedli na ławce, wokoło pełno było rozbawionych dzieciaków z mamami, babciami, ciociami i całą tą cudowną, odpowiednią dla tego wieku, otoczką. Cicho szumiący wiatr i coraz śmielej wyglądające zza gałęzi słońce zwiastowało ciepły dzień.
Takie dni Albert lubił najbardziej.
Pierwszy odezwał się Lucjan.
- Jeszcze raz dziękuję ci za uratowanie mego istnienia - powiedział patrząc na korony drzew kołyszące się delikatnie na wietrze.
- A ten znowu z tym "istnieniem" - pomyślał w duchu Albert
- Nie ma za co - dodał głośno.
Lucjan odwrócił głowę w jego stronę i spojrzał mu prosto w oczy. Albert nie potrafił sobie tego wytłumaczyć, ale w oczach starca było coś co nie pasowało do reszty twarzy.
"Prawe, ze złotą iskierką na dnie, prześwidrowywało każdego na wylot, lewe, puste i czarne, było jak wąskie ucho igielne, jak otwór bezdennej studni wszelakich ciemności i cieni."
Nie mógł zrozumieć dlaczego, ale zaczął się bać.
- Czy zdajesz sobie sprawę, że uratowałeś istnienie Najciemniejszego? - zapytał Lucjan.
Dopiero teraz Albert zdał sobie sprawę do kogo należą te oczy. Rozejrzał się trwożnie dookoła, ale nic się nie zmieniło, dzieci nadal się bawiły, ich matki plotkowały, a nad wszystkimi świeciło słońce.
- Czy chcesz mi powiedzieć, że jesteś Szatanem? - upewnił się Albert patrząc z niedowierzaniem na staruszka.
- W rzeczy samej, mój drogi - uśmiechnął się Lucjan - ale nie bój się, ocaliłeś mnie, więc należy ci się jakaś nagroda.
- Jeszcze tego mi brakowało - zadrżał Albert.
- Nie obawiaj się, nie będziesz podpisywał żadnych cyrografów, to bajki dla małych dzieci - zaśmiał się Szatan.
Albert nie bardzo wierzył w to, co przed chwilą usłyszał.
- Skąd mam mieć pewność, że nie jesteś tylko starym wariatem ubarwiającym sobie życie głupimi opowiadaniami - zapytał.
- Naprawdę chcesz dowodu? - uśmiechnął się z przekąsem Szatan - więc popatrz na tego chłopca na drzewie - wskazał jakiegoś malucha na gałęzi.
Albert spojrzał w zadanym kierunku, kątem oka dostrzegając delikatne skinienie ręką wykonane przez starca.
Dziecko poleciało w dół, krzycząc przeraźliwie.
- Jezu Chryste! - Albert również wrzasnął.
- Uspokój się i nie mów takich frazesów - napomniał go diabeł - widziałeś, żeby pomógł temu dziecku, bo ja nie - uśmiechnął się ironicznie.
Albertowi nie mieściło się w głowie to, co zobaczył przed chwilą.
- Wierzę ci - wydusił.
- To dobrze - rzekł beznamiętnie Szatan - za to co dziś zrobiłeś masz prawo do jednego życzenia, ale nie może być głupie żądanie w stylu Chcę-Mieć-Dużo-Pieniędzy - dodał po chwili.
- A jakie ? - zapytał głupawo Albert.
- Ty masz to wiedzieć - roześmiał się Szatan.
Jego śmiech był nieprzyjemnie skrzekliwy.
- Spróbuję coś wymyślić - powiedział Albert.
- No, na mnie już czas - rzekł Lucjan spoglądając na zegarek.
Albert ze zdumieniem zauważył, że na cyferblacie zegarka brakowało wskazówek.
Diabeł wstał, pożegnał się, po czym oddalił się spokojnie alejką.
Przez moment Albert siedział jak ogłupiały na ławce i dopiero po chwili spojrzał na zegarek.
Była siódma wieczorem. Rozejrzał się dookoła, ale nie było już dzieci, ani ich mam, tylko właściciele psów ze swoimi pupilami załatwiającymi wieczorną toaletę.
- Chyba trzeba się zbierać - pomyślał.
Wstał z ławki i ruszył tą samą alejką, którą niedawno odszedł Lucjan.
Było dosyć późno, gdy dotarł do domu. Umył się, zjadł kolację, obejrzał film i poszedł do łóżka.
Budzik nastawił na siódmą trzydzieści.
Zwykle tak robił.

* * *

Budzik zadzwonił o godzinie siódmej trzydzieści. Zwykle tak dzwonił.
Albert nakrył głowę kołdrą, ale nie pomogło; budzik nadal dzwonił.
- Szlag by trafił ten cholerny świat - wrzasnął rozdrażniony.
Zapadając się w ciemność słyszał dobiegający z oddali skrzekliwy śmiech Lucjana.

maj 1999
Tygryz



poprzednia strona spis treści następna strona