Strona naszego Pisma
  str.

trzy po trzy
poprzednia strona spis treści następna strona

Okiem arystokracji

Granice czyli wszyscy o tym mówią

Wywnętrzałem się, czemu nie głosuję i anim się spodziewał, że ponura rzeczywistość dopisze pointę do moich wynurzeń. Wiadomo, o co chodzi. A jeśli kto aż tak niedomyślny jest, to jasno sprawę postawię - chodzi o wylanie niejakiego Leppera A. z vicemarszałkostwa na Wiejskiej.
Ekipa, co się do wadzy dorwała, w układy kulaicyjne wejść musiała, bez coż między innemi z samąbroną flirtować zaczęła. Zaowocowało to wyniesieniem pierwszego chama politycznego i terrorysty takiegoż terrorysty na vicemarszałkowski stołek.
I tu widać zadziałała zasada zeltera czyli wody sodowej, bo Lepper A. nie tylko się bezkarny na maxa poczuł, ale i ponad wszystkim - z prawem na czele - się zobaczył. Czym się to skończyło - też wiadomo, ale tego już przypominał nie będę, bo ani mi się chce, ani też warte przypominania to nie jest.
Coś zupełnie innego mię w tej całej aferze niepokoi, a nawet momentami do szewskiej pasji doprowadza: tolerowanie chamstwa politycznego i takiegoż terroryzmu, że o nadużywaniu przywilejów płynących z pełnionej funkcji nie wspomnę.
Mamy oto pacjenta, który wyjechał na świecznik polityczny jak szybkobieżną windą i już się na nim znalazłszy dokładnie nic w swojej taktyce atakowania wszystkiego i wszystkich nie zmienił, a nawet więcej - zaczął w niej eskalować. Skoro już na onym świeczniku się znalazł, to i dla mediów atrakcyjniejszy się stał - bo przecie nie jest już tylko szefem jakiejś tam partyjki, która co prawda nieliczna jest, ale wpływy zajebiste ma, ale jest jednym z najważniejszych na Wiejskiej. Zaczął więc pławić się w świetle jupiterów, szczerzyć do kamer, odgrywać jedynego sprawiedliwego i mieszać z błotem wszystkich pozostałych, na nich przy okazji winę za obecną bryndzę zwalając.
Zapewne mało kto już pamięta wywiad, który Lepper A. 2 lata temu Wybiórczej dał. Już wtedy jasnym było dla mnie - co zresztą explicite przez niego wygłoszone było - że się do najwyższych godności pcha. I to bynajmniej nie po to, żeby coś faktycznie zmienić, ale by karierę zrobić.
Co teraz rzeczywistością się stało.
Co osiągnął rzucając błotem i - jak się zapewne okaże - oszczerstwami? Ano podbudował swój image Janosika i w oczach ulicy stał się bohaterem, jedynym sprawiedliwym i zbawcą ojczyzny. Tyle, że... tyle, że ulica nie zauważa, że przy okazji naruszył pewne granice.
Siedząc bowiem na tym stołku, na którym siedzi w jakiś sposób reprezentuje rodaków z kraju nad Wisłą i Bałtykiem. Bez wyboru wszystkich - en masse. Bez względu na to, czy kto akurat na niego głosował, czy też nie. A to już swego rodzaju nadużycie jest. Bo przecie ktoś - na przykład ja - może sobie nie życzyć, żeby taki czy inny reprezentant (uwaga! padnie szumne określenie) narodu przekraczał wszelkie normy - prawne, obyczajowe, dobrego smaku i wychowania itd. itp.
Wracając na moment do niechęci mojej do głosowania, zapytam: i co Wam przyszło z tego, żeście do urn poszli i głos - ważny lub nie - oddali?
Ano to, że taki właśnie terrorysta się na Wiejskiej rozsiadł.
Do ad remu jednak powracając - kwestia narzucenia granic pewnych się nieodparcie nasuwa. Granic nieusuwalności ze stołka, granic immunitetów, granic jakich - znalazłszy się na takim czy owym stołku - przekraczać nie wolno, bo...
Bo się wyleci z niego. Z wilczym biletem i śmiercią medialną na dodatek. Niestety, ale rządzenie tak delikatną strukturą, jaką jest państwo, nie dopuszcza terrorystów i - wiem, że się od razu quasidemokraci oburzą - absolutnie i pod żadnym pozorem powinni oni być natychmiast usuwani, jeśli przez jakiś zufall uda im się na jaki stołek ślizgnąć. Bezpardonowo i bez oglądania się na jakiekolwiek względy tej czy innej natury.
Skąd taki - umówmy się - dyktatorski kapkę wniosek? Ano stąd, że - choć nie głosuję i w tzw. życiu politycznym nie partycypuję (poza dożywotnim prezydentowaniem nielegalnej i nigdzie nie zarejestrowanej Partii Świętego Spokoju im. Felicjana Dulskiego) - bardzo nie lubię się wstydzić, kiedy się znajomi z obcych krajów ze mnie nabijają (a robią to bezpardonowo i z lubością niejaką), że takie cuda się u nas dzieją i takie - excuze le mot - indywidua na świecznik polityczny się dostają.
Lepper A. wykonał na odchodne rzecz dość obrzydliwą - rzucił oskarżeniami, na które dowody pono posiada, ino ujawnić ich nie chce. Nawet prokuratorii. Zadziałał zatem na zasadzie paszkwilanta, a czym to owocuje - wiadomo: zaczyna się w oskarżeniu bezwiednie ziarna prawdy szukać. Zaczyna się oskarżenia roztrząsać, zaczyna się o nich mówić - co kończy się podważeniem zaufania do tych, na których się głosuje (o ile się to oczywiście robi).
I można tu mieć pretensje i do mediów, że z Leppera A. gwiazdę zrobiły, i do wadzy, że z nim flirtować zaczęła. Można mieć pretensje, ale żadnego na to, co się dzieje wpływu. I mieć się go nie będzie. Choćby w akcie nadrzędnym (konstytucji znaczy) zapisało się nie-wiadomo-co...
Cóż więc wam pozostaje? Ano chyba tylko nie godzić się na to i za 4 lata zrobić wszystko, żeby historia się nie powtórzyła. Tyle, że dotychczasowe wybory jasno dowodzą, żeśmy narodem gówniarzy politycznych, którymi bardziej emocje, niźli rozum, kierują.
Co niebezpieczne jest, bo nas może na następne kilka- lub nawet kilkanaście lat na margines zepchnąć, a wtedy nie zdołamy już tak szybko dogonić tych, co daleko przed nami. I - jak dotąd - pozostaniemy zadupiem wszechświata zanurzonym w narodowych kompleksach i frustracjach.
Czego ni Wam, ni sobie nie życzę.

krzysztof Chrabja bielański



poprzednia strona spis treści następna strona