Strona naszego Pisma
nr 10 (lipiec 2001)Podziemne Pismo w Babilonie Tajniak przy Tajniak S.A. str.

fabularne
poprzednia strona spis treści następna strona

Tęsknię...

Pusta parkowa alejka na pocztówce przywodziła na myśl długie wczesnojesienne spacery. Zupełnie takie same jak te, na które chodziliśmy prawie co sobotę. Oboje najbardziej lubiliśmy Łazienki; dumne łabędzie, dostojne pawie, wesołe kaczki i lody z tamtego zaułka. Kiedy było ciepło, siadywaliśmy na jednej z ławeczek pod drzewami i rozmawialiśmy w nieskończoność.
Ta ławeczka i ten park wyglądały zupełnie tak samo jak na tej karcie. Tylko kolory miały nieco inne. No i nie wiedziałam wtedy, czym tak naprawdę jest tęsknota. U góry pocztówki starannie wykaligrafowane literki i napis: TĘSKNIĘ... Cały czas, od kiedy ją kupiłam kilka dni temu, zastanawiam się, czy ją wysłać. Właściwie nie miałam zamiaru jej kupować, po prostu spodobała mi się i wzięłam ją ze stojaka do rąk. Zauważył to sprzedawca i powiedział, że to wyjątkowa pocztówka; miał taką tylko tę jedną.
- Jest bardzo piękna - przyznałam - ale nie chcę jej kupić. Nie mam komu jej posłać...
A jednak kupiłam. Już nie pamiętam, ile razy miałam ją w rękach i zastanawiałam się, czy może jednak napisać parę słów i wysłać... Ale właściwie po co? Przecież tęsknoty to wcale nie umniejszy, przeciwnie, będę jeszcze bardziej się zadręczać, co zrobiłam nie tak, znowu niepotrzebnie będę czekać na jedno chociaż słowo, jeden gest. Nie chcę tego. Nie chcę złudnych nadziei, nie chcę kolejnych rozczarowań, nie chcę większego cierpienia. Pocztówka i tak nie odda w pełni tego, co czuję, nie powie tym jednym krótkim TĘSKNIĘ..., co tak naprawdę się ze mną dzieje, nie osuszy moich łez. To tylko kartka z pustą parkową ławeczką, która teraz jest zimna i smutna...
Siedzę już w innym parku. Sama. Wokół mnie - cisza. Z każdej strony otaczają mnie drzewa i świergot ptaków. Maj jest podobno taki wyjątkowy i romantyczny... Ja nawet nie pamiętam, czy dzisiaj jest piątek, czy sobota, czas stracił dla mnie sens. Pół roku temu myślałam, że tego urlopu nie spędzę samotnie, jak dotąd, ale rzeczywistość mocno wytargała mnie za uszy, przypominając, że zbyt wiele sobie wyobraziłam, że za bardzo mi zależało. Za daleko wybiegałam w myślach, o wiele za daleko...
Znad morza dobiegł mnie szum fal i krzyki białych mew. Nawoływały się zachrypniętymi głosami, emanującymi oddechem wolności, takim świeżym, chłodnym powiewem morskiego wiatru.
Nie wiem, po co tu przyjechałam. Przecież doskonale wiedziałam, że w tym miejscu, nad morzem, będę jedynie rozpamiętywać, że te wszystkie dźwięki, zapachy, obrazy tylko wzmogą moją tęsknotę. Wiedziałam o tym. Więc po co? Żeby być z dala? To wcale nie uciszyło bólu. Właściwie jest tylko gorzej, bo nie mam tu nic do roboty. Całe dnie tylko rozmyślam; kiedy kładę się spać, kiedy wstaję, kiedy spaceruję po plaży, kiedy robię zdjęcia... Wszystko wydaje mi się szare, bez wyrazu, wypłowiałe, bez żadnego znaczenia. Nie mam ochoty na nic. To pewnie dlatego tu przyjechałam. W domu na niczym nie mogłabym się skupić, chodziłabym jak śnięta, z kąta w kąt, zaniedbując wszystko. Tutaj przynajmniej mogę snuć się całe dnie i nie mieć z tego powodu wyrzutów sumienia...
Alejka parkowa na pocztówce nie wydaje mi się już taka piękna. Zblakła. Zupełnie tak, jak moja nadzieja. Czuję, że to definitywny koniec wszelkich złudzeń, że moje zaufanie bardzo mnie zawiodło, że nie wyszło mi tym razem na dobre. Kiedyś się z tym pewnie pogodzę; nie zasługuję na większe zainteresowanie i powinnam to zaakceptować.
Dziś rano, w radio, Roy Orbison śpiewał starą piosenkę: "Love Hurts". Słyszałam ją mnóstwo razy, ale dopiero teraz właściwie zrozumiałam jej sens; rzeczywiście miłość potrafi mocno ranić. Z początku jest piękna i romantyczna, lekka i kolorowa, jak bańka mydlana. I tak jak ona, bardzo krótko trwa. Pewnego dnia okazuje się, że pozostawiła po sobie tylko żal i cierpienie. I tęsknotę, która wyciska łzy z oczu.
Słowo TĘSKNIĘ... na pocztówce nieco mi się zatarło. Pewnie przez łzy... Tak samo zacierają mi się wspomnienia. Głos, dotyk, słowa, ciepło, poczucie bezpieczeństwa... Ledwo je już pamiętam, choć staram się, by nie odeszły tak zupełnie. Ciepło i dotyk ostygły już dawno, głos przypomina mi się, kiedy mocno zamknę oczy, ale słychać go z bardzo daleka, uczucia wewnętrznego spokoju, bezpieczeństwa i intymności przestają powoli istnieć. Prawie ich już nie ma. W tej chwili najsilniejsza jest tęsknota. I ból. Serce nadal kocha, ale rozum podpowiada, że to nie ma najmniejszego sensu. Nie warto, bo może być tylko gorzej...
Już podjęłam decyzję; nie wyślę tej pocztówki. Nie trzeba, żeby ktoś poza mną wiedział, że tęsknię... Zwłaszcza On. Tak będzie lepiej.
Wstaję z chłodnej ławki, rwę kartkę z parkową alejką na kilka kawałków i wrzucam je do kosza. Słowo TĘSKNIĘ... nie ma już znaczenia. Zostało rozdarte na pół. Tak jak moje serce...
Idę w stronę morza. Ptaki nadal ochryple krzyczą, fale szumią, brzegiem spacerują ludzie. Nikt nie wie o tym, że w koszu przy parkowej ławce zostawiłam pocztówkę, którą być może powinnam była wysłać do tego, za którym tak tęsknię. Nigdy jej już nie wyślę, nie mam do tego prawa, nie zasługuję na wzajemność...
Razem z pocztową kartą zostawiłam w koszu moje uczucia. W końcu tak się postępuje z rzeczami, których nikt nie chce, prawda?

3 marca 2001
Marta Bilewicz
martabil@poczta.onet.pl



poprzednia strona spis treści następna strona