PODZIEMNE PISMO TAJNIAK
dodatek Q - 25 lutego 2012

 

Polska jest ważna, ale nie najważniejsza

"Dlaczego twój niepokój tak obraca się wokół..." - pytał poeta Świetlicki, wymieniając wyrazy nienajważniejsze i mnich Miodek przy miodku z herbaty zupełnie odseparowanym często tego słuchał, bo miał to nagrane i gdy opat wychodził spać, czy coś, to on w pętelce sobie tego posłuchiwał, a opat go podsłuchiwał i potem się z tego u niego spowiadał, a mnich Miodek dochowywał tajemnicy spowiedzi.

 

kącik protetyczny

Zabrakło na Fidżi w przesyłce z Końskich do Ratu Mary 2 mar patagońskich. Wnerwiony Epeli, że 3 mar brakuje, powiedział dziś w Suvie, iż dług procentuje, jednak polisman, który pilnować miał tam słuchaczy, doliczył się braku 4 mar. Stał w Suvie z liczydłem ze wszech miar zdziwiony, a ich ubywało, już 5 mar zgubionych w Parku Alberta mu w oczy zeń drwiło: jakkolwiek by patrzeć, 6 mar wychodziło.

- To omam! - zakrzyknął i prasnął liczydłem, lecz 7 mar wcale nie było mamidłem. To prawda, co widział, choć oczy przecierał, brak 8 mar w Parku zza węgła wyzierał, a gały wytrzeszczał aż tak, że pękały, stąd 9 mar w Suvie wybrakowanych i dzielna dzierlatka, co na pomoc bieży, źrenicom swem (sczezło 10 mar) nie wierzy. Oto bowiem bankier, aż oczy jej bledną, do mar 11 dodał jeszcze jedną - wpadło mar 12, niczym śliwka w gnój; ci, co je liczyli, każden jeden zbój, a wiedzieć wam trzeba, że gdy doliczyli się mar 13, jak stali, tak zdębieli.

- Przetrzyjcie swe oczy - zawołał marszałek - już mar 14 a dziś poniedziałek, tak że do pracy sio, nieroby jedne, a brak mar 15? To jest arcynudne!

- Powiedział, co wiedział - zsumował Epeli. - 16 mar nie ma, jest dziura. Weseli mogą być li ci, co nie zapłacą głową za mar 17 dezercję jałową!

Zdezorientowana gawiedź temu miastu przygląda się bacznie. Brak mar 18 zauważono rankiem. Za to wieczorem mierzą się już z 19 mar pomorem nad ugorem czarnem rolnicy z Labasy.

Jest mail: brak mar 20, no i kiełbasy. Epeli się wścieka, a polisman łamie. Że 21 mar nie ma, rząd kłamie, a przecież każde kłamstwo nóżki ma krótkie: 22 mar nie ma. Naród ze smutkiem wyszedł do Parku i wznosi okrzyki.

23 mar brak - nowe wyniki agencje podały. 24 mar już Natan brak głosił wszedłszy na almemar.

- Ach panie polisman! - do tego gagatka - 25 mar znikło! - wrzaśnie dzierlatka.

- Bez 26 mar jest już inaczej, już nie to samo, są inne czasy - labidzi Natan, dzierlatka pociesza, a 27 mar w siną dal zmierza.

28 mar niet, po lajw transmisji rząd WNET (!) chybcikiem podał się do dymisji lecz z Patagonii już płynie pociecha: Tamara. Choć 29 mar nie ma, a raczej 30 mar (ale to szczegół) Epeli się żeni i polisman wesół!

Choć 31 mar w Suvie brakuje, nikt braku tej pierwszej już niemal nie czuje.

 

 

 

Podobno, jeśliby oddalić się od Ziemi na odległość tysiąca lat świetlnych i z tej odległości na nią spojrzeć, możnaby zobaczyć Bolesława Chrobrego. I tym sobie tłumaczył też Miodek, mnich z powołania i z zawodu, fakt, iż nic nie jest ukryte, choćby nawet należało do przeszłości. A z przeszłością jest tak, że cokolwiek nam się zdarza, czy nawet zdarzy, już teraz, bo w istocie swej ponadczasowej, jest przeszłością. Należy do przeszłości.

 

 

Państwo być może się dziwią, dlaczego mnich Miodek ściskał się z Etruskami, gonił Krzyżaków pod Malbork, a za okupacji skubał gestapowców w dupska. To dlatego, że wszystko i tak jest przeszłością.

 

 

Przynajmniej według ciała. Ale czy według ducha? O tym chyba Heraklit nie wspominał. Wszystko mu płynęło. Mnich Miodek stosunkowo często powtarzał, że przepływa woda i tym właśnie różni się chrzest w wodzie od chrztu w Duchu Świętym. Duch wieje. Jeśli Państwo się dziwią, skąd u mnicha Miodka takie tematy akurat, a nie inne, przypominam, że mnich Miodek był duchownym przecież. A konkretnie mnichem. Bratem swego brata, też Miodka, a zarazem współbratem swych współbraci, z których Miodkiem (ale nie tym, lecz innym) byli nieliczni. A przecież miodek kosztowali z upodobaniem, bo tanio wychodził, a oni ubóstwo ślubowali.

 

 

O cynizm się ocieramy, o hipokryzję też, ponieważ wielu z nich mówiło "jestem tylko człowiekiem". "Oto człowiek" - powiedział Piłat wskazując Ubiczowanego. Współbracia udręczeni byli swym grzechem. Inaczej tego się ująć nie dało. I kiedy u bram nieba stawali, św. Piotr widział w nich tych, którzy byli udręczeni byli. Podkreślam czas zaprzeszły. "I co ja Piotrowi powiem? Że życie spędziłem na wypełnianiu poleceń debila, i to za pieniądze?" - martwi się niejeden. Ale Pan ich pociesza: "Nie możecie służyć jednocześnie Bogu i mamonie". I takie to refleksje snuły się po zakamarkach mózgu Miodka, choć on wcale nie zajmował się tym mózgiem, kiedy to zreflektował na podwieczorek. Pączków całe paczki.

 

 

Na pączkach Miodek zęby zjadł. Flaki sobie wypruwał i wdzięczności nie doświadczał, ale to również miał za przeszłość. Doświadczał jej tak, jak niejeden z laików zaznawał teraźniejszości. Człowiek rozdarty jest przecież. Nie tylko w sensie metafizyki, nazwijmy ją statyczną. Otóż chodzi o cielesność. Transcenduje ją, czy nie? Czas okazać się miał niekoniecznie transcendentalnym i tu już tylko krok do jakiegoś nieporozumienia. Współbracia Miodka ci, którzy zajmowali się historią, a historia żyje, choć nie oddycha, nie trawi, nie mnoży się, jak mózgi, których nikt nie jadł, często o zdarzeniach już MINIONYCH mawiali w czasie PRZYSZŁYM. To początkowo Miodka zmylało. I tu się nie ma czemu dziwić. Choć zdziwienie jest początkiem filozofii.

 

 

Początkiem wiary jest słuchanie. Taka wiadomość poszła w świat dwa tysiące lat temu i dotarła nie tylko do nas, ale i do Miodka, brata zakonnego, jego brata i współbraci, bo podróżowała nie tylko w czasie, ale i przestrzeni. Jedynie na sympozjach Miodek zadawał to pytanie: czy podróżując w przestrzeni, gdy zarazem mija czas, mamy jakiekolwiek odniesienie do niej samej? Toż już Heraklit powiadał, że nie da się wejść drugi raz do tej samej rzeki. Czego to ludzie nie wymyślą, to się nawet filozofom nie śniło.

 

 

Gdy Miodek spoglądał na pączki, widział je tak, jakoby ich nie było. Jeśli widział, to brak po nich, choć w przyrodzie nic nie ginie, braki też nie występują. Przynajmniej tak mówi rozum. Rozumem, wiadomo, posługują się racjonaliści. A racjonalizm w opozycji do empiryzmu stojał tak, jak stoicy do siedzików. Jak perypatetyk do platonika, choć sam za ucznia Platona uchodzić mógł i nawet uchodził, ale tylko podczas spaceru, ręce przy tym splótłszy sobie za plecmi, by wygodniej móc pleść andruty.

 

 

Bo kiedy empirysta mówi, że doświadczył, to mówi. A kiedy racjonalista twierdzi, że wymyślił, to twierdzi. I tak to już jest w naturze, że jeden drugiego nie słucha, często nawet mając go za nic. I rozmowa do niczego nie prowadzi. Nie zawiesili poglądów na kołku, nie spotkali się z sobą nigdzie, choć może w oczy sobie ślepili. Miodek ich podglądał. I z tego się spowiadał opatowi. Później chrupali orzeszki grzesznie.

 

 

Fakt, jak podają podania, faktem stoi. Kiedy jednak myślimy, że o faktach powiada historia, powiadają, że błądzimy, jak dziecko we mgle. Jak Miodek w czasoprzestrzeni, kiedy nie może odnaleźć drogi powrotnej - nie tylko z racji ograniczonego aparatu poznawczego, ale i z istoty tego, czym czasoprzestrzeń jest. Więc kiedy ten, kto więcej myślał, mawiał, że braków nie ma, bo nie może być czegoś, czego brakuje, wtedy ten, kto doświadczał, konstatował doświadczenie niedoświadczenia i brawury. Niedoświadczenia i nieśmiałości. U rozmówcy oczywiście, a nie u siebie. U oponenta oczywiście, o ile ta krwawa jatka nie szła za daleko.

 

 

Bo kiedy się na przykład pozabijali, trudno było powiedzieć o nich, że coś uprzednio myśleli czy czegoś doświadczali. Trudno, delikatnie mówiąc, mówić o kimś, kogo nie ma. Choć o nieobecnych Miodkowi zdarzało się sporadycznie mawiać i z tego się spowiadał. Ale nie zdradzał wtedy, o kim to mawiał, żeby nie robić tym samym tego, czego właśnie żałował i unikać usiłował. Podobnie działa zasada niekarania śmiercią zabójcy. Dlatego potem ludzie wieszają się sami w aresztach, ale kto ich nauczył zaplatać pętle z niczego, bo przecież sznurówek ich pozbyto, nie sposób ustalić.

 

 

Nie ma się co teraz nad tym rozwodzić. Nie miejsce to i nie czas. Człowiek kruszeje. Czas leczy rany. Ewentualnie wciąga człowieka w nie po uszy. Wiadomo, że niekoniecznie chodzi o rany uszu czy innych członków, lecz rany na duchu zadane. Członkowie, poza ranami cielesnymi, takie bowiem miewają. Kto wie, czy każda rana fizyczna, nie pociąga automatycznie duchowej. Stąd pojmowanie czasu takie, a nie inne. Takie, a czasami inne.

 

 

Empirysta doświadcza rozdarcia. Jego oponent oponuje, bo jemu na rozum chłopski wychodzi inaczej. Miodek, kiedy spożył o jeden miodek więcej niż tradycyjnie, zgłaszał tutaj veto. Romantyczne jego serce nie mogło się zgodzić na to, by jeden i drugi, nawet jeśli inaczej opisywali świat, rzeczywiście odkrywali przed światem jego różność. Świat jest przecież jeden - takim argumentem się Miodek posiłkował. I z niego wniosek wysnuwał, że skoro świat jeden, to i te same własności. Wpadał w pułapkę racjonalizmu. Doświadczenie podpowiadało przecież coś zgoła różnego.

 

 

Jest byt. Niebytu nie ma. Ale jak nazwać te zgliszcza? Co myśleć o ruinach? Są namiastką bytu, który kiedyś tu stał? A może zapowiedzią niebytu, w który się obrócił? Miodek kręcił się w kółko w tych swoich domysłach. Zawsze tak miał, bo na swoje nieszczęście umysł miał otwarty i nawet wtedy, gdy zasklepiał się w racjonalistycznym zaścianku, doświadczenie zginilizmy, pruchna i rozkładu gdzieś mu jakoś przenikało. I nie potrafił osiągnąć pokoju, chyba że w przedłużonej modlitwie.

 

 

Modlitwa kusi mnicha zwłaszcza wtedy, gdy dyżur w kuchni lub przynajmniej latrynie pełnić mu tego dnia z mocą pasterskiego autorytetu nakazano. W modlitwę się ucieka. Za modlitwą się skrywa. I z tego się później opat spowiadał Miodkowi. Miodek nazywał to dewiacją dewocji. Nie w sensie wykolejonej dewocji, lecz w tym znaczeniu, które każe dewocję pojmować jako wykolejenie samo w sobie.

 

 

Nieporozumień językowych jednakowoż nie unikniemy. One wręcz muszą się zdarzać. Nie dlatego, że świat jest zły. Bynajmniej. Świat jest jedynie niejednoznaczny. Niejednoznaczna jest historia. Czasami Miodek nie rozumiał tych sporów, kiedy to jeden historyk wgryzał się w drugiego. Bo z faktami się nie dyskutuje. Fakty się interpretuje.

 

 

Niejednoznaczne są interpretacje z tego samego powodu zapewne, który determinuje niejednoznaczność języka. To nie język powoduje niejednoznaczność interpretacji. Byłoby to zbyt proste. Miodek do dziś łamie sobie głowę próbując ustalić, czy wyszedł wtedy (on już wie, kiedy) na spacer, czy może spacerując wyszedł. Jeśli w małej rzeczy bedzie rzetelny, wielką się mu zada zagadkę.

 

 

Opat, kiedy się spowiadał, nie miał pewności, czy mówi jasno. Zjadały go skrupuły. Jasna mowa nie istnieje, jednak kiedy się z tym godzimy, praktycznie się samozabijamy. Nazwa "cywilizacja śmierci" nie pada tu wtedy od rzeczy. Dlatego jesteśmy rozdarci, jak ten filozof, który nie wierzył w transcendencję, a jednak nie potrafił odmówić jej moralnej racji bytu. Bo ona - ta wiara - ożywiała, miast zabijać. Jego to przerażało, a Miodka dziwiło.

 

 

"Jeśli mówimy, że nie mamy grzechu, to samych siebie oszukujemy i nie ma w nas prawdy" - tymi słowy zachęcali się wzajemnie do częstej spowiedzi. Że nie chodzi o to, żeby, gdy już się wstało, nigdy więcej nie upadać, ewentualnie rzadko, a już na pewno nie za często. Chodzi o to jedynie i aż, by wstawać nieustannie. I na tym nam czas przeleci, i ani się spoglądniemy za siebie, a już cali spruchniali bedziemy. Mnich Miodek zapłakał.

 

 

Cały czas chodziło o to, choć przecież nie zawsze sobie to uświadamiał, że przyszłość pokaże, kto miał rację: ten, kto łapie swoje "teraz", czy tamten, który już zdał sobie sprawę z tego, co przeminęło, nawet to, co dopiero przyjdzie. Choć znamy seriale, które z pozoru można oglądać na okrągło. Przeświadczenie to złudne. Zapominamy przecież, z czego nam się ciała składają. A ciało do czego innego zdąża, jeśli nie ku ślepocie i destrukcji?

 

 

Etruskowie i Krzyżacy, choć może wdzięczności Miodkowi nie okazywali, bogatsi w przeżycia wewnętrzne odchodzili ze spotkania z nim i z kwitkiem. I nie wiedzieć czemu, chcieli więcej. I, prawdę mówiąc, milczeli.

 

O tym milczeć trzeba, o czym nie przystoi się wysłowić. Tak uważał ten, kto próbował sprowadzić wszelkie rozmawianie do wypowiadania głośnego lub szeptem działań matematycznych. Wtedy znalazł się drugi, lepszy od niego w te klocki. On przyznał mu rację i zapisał w prawie, że zadania z treścią, jeśli na ciało A mówi się w nich "krzesło" lub na ciało B się powiada "fotel", są zabronione. Literalnie podchodząc do tego przepisu Miodek problemu nie miał. Ale to była przenośnia.

 

 

Oczy tak Miodek otwierał szeroko czasem, jakby mu kto belki w nie powkładał w poprzek okoniem. A przecież miał jeszcze uszy do słuchania. Choć ciało zmierzało ku ślepocie.

 

 

Jest nadzieja, kochani grzesznicy, a już w nadziei jesteśmy zbawieni - od tych słów rozpoczęte kazanko wywoływało gromy, które spadały, jak burza oklasków, w każdej kolejnej parafii. Miodek był przecież duchownym i kazanka zapodawał, jak najęty. A najmowali go czasem do jakichś rekolekcji. Oni.

 

 

Każde takie "czasem" z czasem okazywało się przeszłością. Każde rekolekcje, do których się przygotowywał, przemijały. Święta, święta i po świętach, chciałoby się powiedzieć, tyle że człowiek przemija, a święta nie. O ile oczywiście Słowo nie przemija, a Ono samo o sobie powiada, że niebo i ziemia przeminą, ale nie Ono. I tu się nie ma z czego śmiać.

:

 

Zarówno opat, jak i Miodek, a nawet cała reszta ich współbraci, nie wiedzieli czy to dowód, czy przesłanka na prawdomówność Słowa. Sam fakt istnienia Słowa świadczył co prawda o Jego istnieniu - Słowo usłyszane, zostało wcześniej wypowiedziane, jasna sprawa.

 

I jeśli się z czegoś Miodek nie spowiadał u opata, to bynajmniej nie z depresji nie spowiadał siebie, choć coś nam tutaj nie pasuje. Ale on traktował spowiedź, jako miejsce pocieszenia. Bo Pocieszyciel przyjdzie - tak było wypowiedziane. Bo błogosławieni smutni, albowiem oni będą pocieszeni. I on tak to traktował. Jako sakrament pocieszenia, nie strapienia.

 

 

Być może dziwią się Państwo temu, że mnich Miodek tak mocno był zanurzony w duchowości, którą sam reprezentował swoim habitem. Trzeba zaznaczyć, że Miodek był osobą całkiem poważnie traktującą swoje zajęcia. Choć nie była to powaga śmiertelna, czasem może przeradzała się w nadmierną zasadniczość. Z tego grzechu też wtedy się opatowi spowiadał, bo był świętym.

 

 

"Jestem grzesznikiem" - powiadał, ale nie labidził. Z tego, że zapłakał, spowiadał mu się opat. A przecież wiedział, że sam zapłakał. Więc nie umoralniał. Pocieszał jedynie.

 

 

Jeśli na widok pączków wpadał w grzech obżarstwa, to najpierw w sercu, a dopiero potem na ciele. Gdy zdawał sobie z tego sprawę, też płakał, ale to już ze wzruszenia. Bo był szczęśliwym mnichem. Ze szczęścia się wzruszał. Wrażliwy był. W tym na cudzą krzywdę, choć go przerażała.

.

 

Nie sposób ocenić, czy wzruszenie Niemca odwiedzającego staropiastowską Jelenią Górę albo Mazury, jest usprawiedliwione. Czy Polak, gdy mu serce mocniej bije w Wilnie czy Lwowie, ma słuszność poddając się emocjom? Przecież mówi się nawet "za moich czasów było to czy owo". Jeśli tak się mówi, to chyba się wierzy w taki stan rzeczy, w którym człowiek ma jakieś swoje czasy. Na przykład wczasy w Łebie. A czas przemija. Przelatuje. Rana się zabliźnia albo i nie, a w Łebie rodzą się nowe noworodki, dawne odsuwając w dorosłość. I nie ma rzeczy tamtych, są tylko rzeczy te. Żaden byt nieżywy nie istnieje sam w sobie - one są w świadomości tych, którzy się pośród nichporuszają. Jeżeli więc nowe noworodki dzielą się z wiekowym turystą tą swoją Łebą, to Łeba może i jest intersubiektywna - w wielu łbach powstaje jej porównywalny obraz. Ale do czasu.

 

 

Tak przychodzą nowe pokolenia mnichów, a klasztor stoi jak stał. Chciałoby się rzecz, że jego mury, gdyby mogły mówić, to by powiedziały, co kiedyś widziały. I trudno wyrokować, kto tu ma rację. Mnisi są rozdarci. A to rozdarcie ich dzieli. I niektórzy się nawet z tego spowiadają.

 

 

Świat zdaje się być ciągle tym samym światem i możnaby się z tym zgodzić tylko w jednym przypadku - gdyby mnich Miodek, lub kto inny, może Ten-Kto-Wypowiedział-Wszechogarniające-Słowo, wszystko to ogarniał. Nie tylko w przestrzeni, ale też we wszechczasie. Wszechpolska to za mało, by mieć prawo sprawiedliwe, a sprawiedliwość prawą. Niebo gwieździste nade mną, i kiedy mówię, że moralność we mnie, to powstaje zagadka: stwierdzam fakt, czy go tylko nterpretuję? Jak przebić się do sedna rzeczy samej w sobie? Jak od zjawiska dojść do rzeczy?

 

 

Miodek w gruncie rzeczy lubił Krzyżaków. Czytał ich pasjami. A na seans jeździł fordem, aż go zajechał.

 

 

Gdy czas Miodkowi się dłużył, czytał też Chłopów. Za babami się oglądał i nie miał problemu spowiadać się z tego. Spowiednik płakał wraz z nim. Pocieszyciel był ich Adwokatem. Oni się tylko oskarżali. Przedziwna rzecz. Przecież "nikt nie jest dobry, tylko sam Bóg". Ten Bóg, bo przecież nie ma innego, który "nie chce, by ktokolwiek zginął", przeciwnie: "pragnie, by wszyscy ludzie zostali zbawieni". Baba z wozu, koniom lżej.

 

 

A jednak wiedzieli, że istnieją też przedawnienia. Trudno było im dociec, czy na wyłączność kodeksu karnego istniały i jak się miały do sumienia, którego przecież żadne ludzkie prawo sądzić nie mogło. Choć proces wychowawczy tu i ówdzie niejedno sumienie ludzkie spaczył.

 

 

Poruszać się w tych meandrach moralnych rozważań, to jak wpuścić się w kanał. Gorzej, to jak dać sobie w kanał - taką współmyśl zakrzyknął niejeden współbrat Miodka. Głupio to wyglądało, bo niejeden z tych niejednych milczenie obiecywał, a przynajmniej powściągliwość języka. A członek ów trudno na supeł związać. I znów spowiadać się trzeba, a to przecież mowy wymaga. Jednemu sumienie od tego nabrzmiewa, drugi zaś dostrzega kolejny kwant hipokryzji i stąd nerwowa ekstaza. A przecież zdrowy rozsądek by wystarczył, wieszanie czasem swych myśleń na współkołku.

 

 

Dopiero ci, którzy z tą sztuką siebie spowiadania się jakoś zgodzili, zdolność przebaczenia innym posiedli. I dziwili się niemiłosiernie, dlaczego modląc się, proszą odwrotnie: o wybaczenie takie, jakiego sami udzielają innym. I nastepowało przerażenie. Mnich Miodek, kiedy ten temat wypływał, ripostował anegdotą jakąś i atmosfera się rozrzedzała. Słynny pisarz, Paulo Coelho, z tego co zauważyłem, zwykł poprzestawać na "jakąś", ale my nie idźmy tą drogą. Oto przykład anegdoty:

 

 

Żył raz ojciec, który miał synów, w tym jednego marnotrawnego, a drugiego zestresowanego. A miłość do nich miał większą niż ocean wzięty razem ze swymi dopływami, więc marnotrawnemu wychodził na przeciw i przebaczał mu zanim ten o przebaczenie poprosił, więc zestresowanemu wybaczał, kiedy ten o przebaczenie go oskarżał.

 

 

I były też inne odczucia. Bo mnich rozdarty jest. Między wieczność a doczesność. Między ciało a ducha. Między prawo i sprawiedliwość a miłosierdzie. Miedzy trwanie a przemijanie.

 

 

A przecież każdy z nich swoje memento zachowywał, Paruzji wyczekiwał, za końcem świata wzdychał. Ale jak to, nie będą się rodzili nowi ludzie? Nie będziemy się już z nikim nowym dzielili miłością? Bo będzie nam już za ciasno? Ale jak to!?

 

 

Mnich Miodek zakładał palto, bo jesienne wieczory przenikliwe bywały, jak spojrzenie strażnika w pobliskiej księgarni, w której pobożne książki ustawiano w kąciku "ezoteryka", a przechdnie brali to za zootechniki dalekowschodnie, bo edukowani nie byli. Przesiadkę mieli tu jedynie i nudę próbowali zająć. Czas po prostu zabić.

 

 

Mnich Miodek zakładał obuwie i szedł w ten las, co mu opactwo okalał. Pogrążony w kłębowisku myśli, docierał czasem pod Wrocław. Raczej tego nie zauważał. Potem mówiono, że był widziany, ale on sprawiał wrażenie symulanta.

 

 

Co ciekawe, przyszłość też się zdawała niczego nie pamiętać. Była niejako na wyciągnięcie ręki. Jednak kiedy ręce rozkładał na boki i stał tak, jak ten krzyż, którego znak czynił, gdy się budził i przed snem, dłoni swych nie dostrzegał. Był synem we mgle.

 

 

Czas go rodził i czas go wyniszczał. Swój świat utrzymywał w istnieniu swą myślą, ale siebie samego utrzymać nie potrafił. Tyle tylko, co utrzymać względną, dostateczną, równowagę umiał, pomimo miodku zresztą.

 

 

Rozum mnicha Miodka podpowiadał mnichowi Miodkowi, że mnich Miodek nie istnieje, że nie istnieje rozum, że nie istnieje nic poza małymi demokrytkami. Małe demokrytki powinny poruszać się pośród niebytu, którego oczywiście nie ma, zderzać się, łaczyć i rozłączać. Tworząc połączenia, tworzą aglomeraty, ale nie rzeczy. A przecież nie istnieje nic, jedynie rzeczy. Nowa jakość aglomeratów jest złudzeniem. Podobnie jak złudzeniem jest własne JA. Przecież istnieją tylko rzeczy, a są nimi małe demokrytki. Jeśli złudzeniem jest JA, to złudzeniem jest też każde doświadczenie. Jeżeli JA doświadcza istnienia, sensu, miłości, nienawiści, wszelkiego dobra pomimo wszelkiego zła, to jest to tylko złudzenie. Co było do udowodnienia. "Czyż nie są to podszepty iście szatańskie?" - zagajał i pędził do Sakramentu Pocieszenia.

 

 

Jak tu mówić o faktach, którymi są doświadczenia rzeczywistości, a której z kolei małe demokrytki były jedynie nośnikami, jeżeli rozum ciągle nam wpiera, że empiria się nie liczy? Bo zmysły kłamią. Ale czy może nas oszukać zmysł, który przecież nie istnieje, bo składa się tylko (składać się to nie istnieć!) z małych demokrytków? To oszustwo jest już samo w sobie jakimś szachrajstwem.

 

 

Można zwariować. Jeżeli Państwo zaastanawiają się dlaczego mnich Miodek w tych warunkach jeszcze tego nie dokonał, to wyjaśniam: zdał się na zdrowy rozsądek i coś w rodzaju pokory.

 

 

Czas przelatuje mu, jak piasek przez klepsydry; przecieka, jak woda między palcami. Na brak czasu narzeka Miodek, gdy nic nie robi, ale gdy działa, wcale nie zmienia to faktu, że niedziela rozpoczyna tydzień, w środę jest już jego połowa, a w sobotę Żydzi świętują szabat. Swoje cotygodniowe święto pracy. Bo byli niewolnikami w Egipcie, a teraz są wolni i nie będą wykonywać żadnej pracy w tym siódmym dniu tygodnia. A mnich Miodek z jakiegoś powodu robi to co oni - nic nie robi. Ósmego dnia tygodnia.

 

 

"Wiem, że nie tylko nie wypowiem każdej myśli, ale i nie wszyskie myśli zdążyć pomyślę." - tak myśli ostatnio mnich Miodek i czasem doznaje olśnienia, które w takiej myśli zawiera się: "a może uda mi się pomyśleć wzór na wszystkie myśli nie pomyślane, tak jak myśli się nieskończoność podając wzór choćby na zwykłą prostą, płaszczyznę czy przestrzeń?" - i drapie się pod kapturem, bo jeśli nawet, to ta myśl musi być Słowem wszystko ogarniającym. A jeśli tak, to wypowiedzianym przez Kogoś-Innego.

 

 

I to pytanie nurtuje mnicha Miodka, gdy przecina przecinkę na powrót do klasztoru: jakim cudem Ktoś-Inny, jeśli ogarnia wszystko swym Słowem, miałby być INNYM? Innym z definicji. Innimy w istocie. Innym w rzeczy samej. Innym ode mnie. I czuje wtedy, jak sam Bóg patrzy jego oczami, i jest MU dziwnie. I prowadzi Boga do domu.

 

 

 


Tajniaki 2011 - podziękowania i preteksty Podziemnej Korporacji Tajniak


PŁYTA
Bar La Curva / Plamy na słońcu - KNŻ
Amen - De Press (nominacja)
Ballady na koniec świata - Siekiera (nominacja)
Luxtorpeda - Luxtorpeda (nominacja)
Pan Krakers - Arka Noego (nominacja)

FILM
Melancholia - reż. Lars von Trier
Ludzie Boga - reż. Xavier Beauvois


ZESPÓŁ/ARTYSTA
Luxtorpeda

KSIĄŻKA
Miłość nas rozumie - ks. Józef Tischner (rok liturgiczny z księdzem Tischnerem, wydanie drugie, poszerzone)

CZASOPISMO
Biblia Krok Po Kroku
List (nominacja)
Tygodnik Powszechny (nominacja)
W Drodze (nominacja)
Życie Duchowe (nominacja)

AUDYCJA
Księga - Michał Kęska i ks. Michał Muszyńki (Radio Warszawa)
Klub Ludzi Ciekawych Wszystkiego - Hanna Maria Giza (Program II Polskiego Radia, nominacja)
Magazyn Naukowy - Hanna Zielińska (Radio Tok FM, nominacja)
Nocne cz@ty - (Program IV Polskiego Radia, nominacja)
Ósma Godzina Czytań - Artur Moczarski (Radio Plus, nominacja)

TAJNIAK SPECJALNY
Piotr Stopa Żyżelewicz
Bakshish

1991-Izrael/Legenda-Armia/Soul Ammunition-Hoouk - na dwudziestolecie dla perfekcyjnego tria


szacowne gremium



Indeks Ksiąg Zakazanych i Nakazanych

 

Tom dwudziesty trzeci

  1. adhortacja apostolska RECONCILIATIO ET PAENITENTIA. O pojednaniu i pokucie w dzisiejszym posłannictwie Kościoła - Jan Paweł II
  2. Ewangeliczne opowieści o zmartwychwstaniu - Bruno Maggioni

Wielki Inkwizytor


 



...jeżeli dyskusja ma być istotnie owocna, to jej swoboda nie może być tylko czysto formalna, to znaczy taka, że nie stawia się dyskusji żadnych formalnych zewnętrznych zapór. Musi przede wszystkim wypływać z rzetelnej wewnętrznej potrzeby wszystkich biorących w niej udział i być prowadzona przy zachowaniu wewnetrznej ich swobody. - Roman Ingarden z tekstu O dyskusji owocnej słów kilka [w:] Książeczka o człowieku



okładka

(grafika: malarz seba)

© Podziemne Pismo Tajniak